2009-04-24, 08:01 | Margines
Cios z półobrotu Ryszarda Bugajskiego
Mocna historia. I nie ma chyba lepszego reżysera od Ryszarda Bugajskiego do opowiedzenia jej bez patosu i taniego sentymentalizmu. Twórca słynnego Przesłuchania (1982) zamiast kadzić i wzruszać, woli widzem potrząsnąć i wybić go ze stany błogiego zadowolenia.
Sprawa jest o tyle prosta, że biografia generała Nila to wymarzony materiał na dramat. Fieldorf jako 19 – latek zgłosił się do polskich Legionów, z którymi walczył podczas I wojny światowej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w wojsku. Wsławił się brawurowymi akcjami w kampanii polsko-bolszewickiej; zyskiwał także coraz większe poważanie jako doskonały strateg. Gdy wybuchła II wojna światowa, najpierw przedostał się do Londynu, potem wrócił jako pierwszy kurier z Anglii. W Warszawie został dowódcą Kedywu Armii Krajowej i to on był mózgiem zamachu na generała SS Franza Kutscherę zwanego „katem Warszawy”. W marcu 1945 r. przypadkowo aresztowany przez NKWD trafił do obozu pracy na Uralu. Cudem przeżył i dwa lata później wrócił do rodzinnej Warszawy. Wolnością cieszył się jeszcze trzy lata – 10 listopada 1950 roku został aresztowany przez UB. Z więzienia już nie wyszedł.
Bugajski do odtworzenia tej historii zabrał się po żołniersku: robi to stanowczo, jasno i bez zbędnego filozofowania. W Generale Nilu nie ma wielkich monologów o patriotyzmie, rozdzierających serce dialogów o narodowym obowiązku, odwadze i honorze. Jest czysty konkret – krew na rękach, brutalne przesłuchania z wyrywaniem paznokci, smród niemytych ciał i wszechogarniający strach. Jest też hipnotyzujący Olgierd Łukaszewicz, który dokonał małego filmowego cudu i zdobył się na to, by aktorskie koturny zostawić w szatni, a generała Nila pokazać jako zwykłego człowieka, który boi się, ma wątpliwości i do końca nie rozumie sytuacji, w jakiej się znalazł. Dopiero w ostatniej chwili dociera do niego straszliwy paradoks, który wkrótce miał się stać mottem najnowszej historii Polski: naszych bohaterów nie wykończył wróg. Zrobiliśmy to własnymi rękami. I ten wniosek płynący z filmu Ryszarda Bugajskiego jest jak ogłuszający cios między oczy. Aż popcorn więźnie w gardle.
Gość