2009-04-26, 08:12 | Margines
Kurosawa uczy Hollywood
Kilka lat wcześniej, gdy Kurosawa ruszał do boju na planie, nikt nie wróżył sukcesu. Ponad trzygodzinna epopeja o grupie prawych roninów (samurajów pozbawionych pana), którzy stają w obronie ubogich wieśniaków, do której scenariusz napisał sam reżyser (zainspirowany opowieściami ukochanego ojca, potomka szlachetnych samurajów) miała być największą, najdroższą i najbardziej karkołomną produkcją w historii japońskiej kinematografii.
Kilka tysięcy statystów, kilkadziesiąt tysięcy sztuk broni, talia gwiazd, m.in. jego ulubiony aktor Toshiro Mifune i budżet, który pęczniał z dnia na dzień. Producenci cierpliwie dokładali kolejne tysiące jenów, zachęceni sukcesem dramatu Rashomon, za który Kurosawa zgarnął w 1951 roku Złotego Lwa w Wenecji i Oscara. Ich powściągliwość nie wytrzymała tylko jednej próby, gdy artysta zażądał kilkuset rumaków, bez których odmówił kręcenia kolejnej sceny batalistycznej. Spór był na tyle ostry, że zdjęcia przerwano na kilka miesięcy. W końcu jednak reżyser dopiął swego, a producenci dopięli budżet w rekordowej wysokości dwóch milionów dolarów. Na owe czasy była to suma gigantyczna. Dość wspomnieć, że przeciętna amerykańska produkcja, w której grały takie sławy jak Marlon Brando, rzadko kosztowała więcej niż milion zielonych.
Ale i wydatki i nowatorskie pomysły Kurosawy opłaciły się. Film zarobił na całym świecie ponad pół miliarda dolarów, a dziś jest jedynym obok La Strady Felliniego nieanglojęzycznym filmem, który na stałe gości w pierwszej 20. największych arcydzieł światowego kina.
A nasi bossowie? Ci z notatnikami w wypielęgnowanych dłoniach oglądali w kółko Siedmiu samurajów i robili szczegółowe notatki. Już w 1960 roku do kina trafił western Siedmiu wspaniałych Johna Sturgesa. Choć rycerzy zastąpili kowboje, film był właściwie doskonałą repliką dzieła Kurosawy. Było w nim wszystko: sekwencja kompletowania drużyny, nietypowe podejście do bohaterów - jeden musiał być żółtodziobem, inny przystojniakiem, kolejny filozofem, a jeszcze inny nieprzejednanym sceptykiem. Patent Kurosawy zadziałał genialnie, a dzieło Sturgesa zostało unieśmiertelnione jako najdoskonalszy western wszech czasów. Zaś słynny muzyczny motyw przewodni autorstwa Elmera Bernsteina potrafi chyba zanucić każdy. Wątki z Siedmiu samurajów można odnaleźć w gangsterskiej komedii Ocean’s Eleven (1960) z Frankiem Sinatrą w roli głównej, w wojennym majstersztyku Parszywa dwunastka (1967) Johna Aldritcha, a ostatnio w doskonałym thrillerze Ronin (1998) Johna Frankenheimera z Jeanem Reno i Robertem de Niro w rolach samotnych samurajów. Walczą uparcie, jak ich wielcy poprzednicy. Tylko ostre miecze zamienili na karabiny maszynowe i urok osobisty.
Reżyser: Akira Kurosawa
Tytuł: Siedmiu samurajów
Cena: 100 zł (Kurosawa 1948 – 1954)
Gość