2009-05-08, 08:33 | Po prostu życie
Unijna poprawność językowa
Precyzyjny, dość drobiazgowy spis wykluczył z języka naszą pannę i panią: Miss i Mrs, Madame i Mademoiselle, Frau i Fraulein oraz Senora i Senorita są zakazane. Tytułowanie kobiet w oparciu o ich status cywilny uznano za seksistowskie i stwierdzono, że imię i nazwisko najzupełniej wystarczą. Zniknął też policjant i policjantka, których miejsce zastąpił neutralny oficer policji. Żadnych sportsmenów, mężów stanu, szkolnych dyrektorów i dyrektorek. Poprawni są natomiast atleci, liderzy polityczni i główny nauczyciel. Nieatrakcyjne fonetycznie i niepoważnie brzmiące managerki, ministerki, burmistrzynie i prezydentki znikają na rzecz managera, ministra, burmistrza, mera i prezydenta, które to określenia uznano za nienacechowane płciowo. Nie zabrakło oczywiście stewardess, które poprawnie i razem ze stewardami nazywane są flight attendants.
Kwestia języka, jego mechanizmów i struktur, które rzekomo dyskryminują kobiety, powraca jak bumerang. Co rusz jakiś kraj, czy instytucja wyciągają sprawę językowego rasizmu i próbują napisać nowy, sprawiedliwie opisujący obie płcie słownik. Faktem jest, że określenia rodzaju męskiego są zwyczajowo uznawane za odnoszącą się do ogółu normę, a żeńskie odpowiedniki powstają przez opartą na dodaniu modyfikację. Problem w tym, czy taki stan rzeczy faktycznie dyskryminuje i spycha kobiety w sferę językowej niewidzialności i niesłyszalności.
Poszukiwania konstruktywnych rozwiązań, które nie niwelowałyby płci, ale prowadziły do równorzędnej komunikacji między kobietą i mężczyzną wydają się być ciągle poza zasięgiem. Parlament Europejski płciowy i co za tym idzie również językowy dualizm próbuje unieważnić i stawia na jedność i neutralność. Taka spójność ignoruje uwarunkowany kobiecością i męskością styl. Naturalnym następstwem istnienia płci kulturowej jest zróżnicowany język, który w przypadku języka kobiet nie jest językiem zniewolenia, czy podrzędnego dodania, ale konsekwencją kulturowych niuansów i specyfiki zachowań właściwych kobiecie. Takie rozróżnienia nie są oczywiście łatwe i jednoznaczne i zamiana policjantki na oficera policji z pewnością nie czyni kwestii bardziej przejrzystą. To nie język powinien być centralnym punktem problemu i głównym ogniskiem zapalnym, ale osoba nim się posługująca. Uwarunkowania biologiczne są obok i na równi z kulturowymi, społecznymi i historycznymi, zatem odgórne niwelowanie istniejących w językach rodzajów męskich i żeńskich wydaje się być bezzasadne. To, czy kobieta definiowana jest wyłącznie przez pryzmat mężczyzny zawsze zależy od kontekstu, relacji między rozmówcami i konkretnej sytuacji, a nie od języka jako takiego.
Określenia typu madame, dyrektorka, sekretarz stanu nie determinują. Płeć, tak jak i język, zawsze tworzy się i funkcjonuje w ściśle określonej sytuacji kulturowo – społecznej, a słowa nie istnieją w oderwaniu od posługującego się nimi podmiotu. Język, mimo że kształtuje rzeczywistość mówiącego, sam w sobie nie jest seksistowski. Seksistowskie mogą być wypowiedzi, świadomość, społeczne przekonania, czy określone sposoby komunikacji, a tych nie zmieni broszura wydana przez Parlament Europejski. Neutralny płciowo język jaki tworzą parlamentarzyści to kosztowna fikcja i de facto dyskryminujące pustosłowie, które modnemu określeniu „polityczna poprawność” przydaje kolejnej, absurdalnej definicji.
Gość
Komentarze (17)
Idziemy właśnie w tym kierunku jak wynika z artykułu.