2009-05-13, 07:09 | Po prostu życie
Klasyczny pianista z duszą punkrockowca
Akcja miała miejsce pod koniec ubiegłego miesiąca w Los Angeles. Podczas koncertu, w przerwie między utworami Zimerman zakomunikował słuchaczom, że po raz ostatni występuje w kraju, którego armia chce kontrolować cały świat. Zażądał również aby Amerykanie zostawili jego (a więc i nasz) kraj w spokoju. Część widowni ostentacyjnie opuściła salę, czego Polak nie pozostawił bez komentarza, reszta zaczęła bić brawo. Po tym incydencie nasuwają się dwa pytania: czy był rzeczywisty powód ku takiemu działaniu, a także czy Zimermanowi wypadało to zrobić.
Ogromna liczba artystów wyrażała swą niechęć do George'a W. Busha i jego polityki, a później radość z wyboru Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ten ostatni chce wycofać wojska z Iraku, ta obietnica miała zapewne duży wpływ na jego sukces wyborczy i zyskanie sympatii środowisk lewicowych na całym świecie. Obama likwiduje więzienie w Guantanamo i dostaje etykietkę niezwykle pokojowego polityka. Czego więc chce Zimerman? Tarczy antyrakietowej nikt nie narzuca Polsce siłą, jej obecność będzie korzystna dla kraju. Słowa polskiego pianisty: „zabierzcie ręce od mojego kraju” brzmią jak apel Gruzina do Rosjan.
A czy Zimermanowi wypadało się tak zachować? Miał do tego prawo, co więcej, jego publiczność to ludzie wykształceni i inteligentni, dlatego słowa, którymi pianista chciał zmienić świat padły na dobry grunt. Pozostaje jednak wrażenie, że prosty, buntowniczy przekaz znacznie lepiej pasuje do błahych protest songów niż do sztuki najwyższych lotów.
Gość
Komentarze (1)