2009-05-25, 07:44 | Margines
Czy Aleksander był wielki, czyli o rekonstrukcjach historii w filmach
W filmie Aleksander, gdzie główną rolę gra Colin Farrell, obydwie drogi splatają się ze sobą i łączą w kilku punktach. Mamy tu więc dwór macedoński 300 lat przed naszą erą, o którym wiemy, że był prowincjonalny i biedny w porównaniu z takimi Atenami czy Tebami. Tylko co to może znaczyć dla filmowca? Nie wiadomo, w filmie widzimy więc, jak kamienne dekoracje w stylu doryckim łączą się z elementami drewnianymi, niewątpliwie w umyśle filmowca amerykańskiego kojarzącymi się z biedą i zaściankiem.
Mamy w tym filmie także rozrywki prostych Macedończyków, wyglądające prawie identycznie z tymi, które bawiły lud na środkowym zachodzie USA w połowie XIX stulecia. I choć ujeżdżanie macedońskich koni była o wiele trudniejsze niż ujeżdżanie mustangów, podobieństwo jest uderzające.
Macedończycy, jak wszyscy w tamtych czasach, musieli umieć utrzymać się na koniu bez strzemion, co jest sztuką niemalże cyrkową i dziś chyba nikt tego nie potrafi. Strzemiona bowiem wymyślili dopiero Frankowie tysiąc lat po Aleksandrze. Stąd wielka popularność w starożytnym świecie formacji bojowych walczących na piechotę oraz takich, które ruszały w bój na wozach zaprzężonych w konie.
Ów szczegół nie uszedł również uwagi reżysera filmu Aleksander. Skoro nie było wytrawnych jeźdźców, a sama hippika należała do sztuk tajemnych, to słabo wyglądać musiała także hodowla koni. Nie było pięknych pełnokrwistych koni o cienkich pęcinach i szyjach rysujących się łagodnym łukiem. Konie musiały wyglądać inaczej. I tak do roli najsłynniejszego konia w historii – Bucefała – zaangażowano potężnego niemieckiego perszerona, który nadaje się do ciągnięcia wozów załadowanych beczkami z piwem.
Ogromne, włochate nogi i ciężki łeb czarno umaszczonego rumaka mają przekonać nas o tym, że tak właśnie wyglądały konie pod wierzch 300 lat przez Chrystusem. Nie przekonują, bo wystarczyło popatrzeć na fragmenty rzeźb z epoki nieco późniejszej, by przekonać się że rumaki starożytnych prawie w ogóle nie różniły się od tych, które możemy podziwiać dzisiaj.
Wojownicy macedońscy, którzy w tym filmie są po prostu gromadą gejów, ruszających na podbój świata, przebywają wśród przedmiotów i malarstwa, które mogłyby powstać w pracowni prymitywisty z Białorusi lub Polski dwadzieścia lat temu. W żaden sposób pokazywane w filmie malowidła ilustrujące mity, którymi karmiła się Grecja i kraje sąsiednie nie mogłyby narodzić się w epoce, która zrodziła Fidiasza. To jest licentia poetica, w dodatku bardzo słaba.
Postaci w tym przydługim obrazie nie są wcale lepsze niż mozolnie budowane dekoracje i całe zaplecze kulturowe, które je ma je uwiarygodnić. Colin Farrell w pedalskiej peruce nie wygląda na Aleksandra, tylko na chłopaka do wynajęcia, który urwał się swojemu opiekunowi. Jego wyczyny są przekonujące o tyle, o ile opowiada o tym Ptolemeusz czyli Anthony Hopkins. Jest więc Aleksander kolejną próbą zmierzenia się z historią i mitem, próbą zakończoną niestety porażką.
Nie wiem czy zdarzyła się światu kiedykolwiek dobra ekranizacja historii, ale jeśli nie, to i tak warto próbować, choćby po to, by było potem można tropić błędy i przeinaczenia. Przypomina mi się w tej chwili monumentalny obraz Pasoliniego zatytułowany Medea. Włoch nie silił się w przeciwieństwie do Amerykanina na odtwarzanie realiów, próbował za to odtworzyć delikatną materię mitu. Przegrał, bo nie docenił przeszłości. Widzimy tam na przykład argonautów, którzy wyruszają na poszukiwanie złotego runa na komicznie niestabilnej tratwie, bez steru i wioseł. Tak, jakby przepłynięcie z Grecji na Kaukaz było byle jakim rejsem po spokojnym jeziorze. Jakby nie było specjalistycznych technologii w tamtych czasach, które dziś pieczołowicie odtwarzają pasjonaci i historycy. Były, tylko filmowcy nie mają ochoty ich poznać.
Gość
Komentarze (8)
A jesli chodzi o odtworzenie strojów i realiów historycznych w filimie to scenografia była całkiem wierna....gorzej z treścią i realizmem psychologicznym postaci....za duzo gejów...trochę...brutaln i wojownicy za bardzo rażą wrazliwością...
Jasne, są jeszcze filmy dokumentalno-historyczne tylko, że tutaj kładzie się nacisk na przekazywaną treść nie zaś na dobrą zabawę, jak to jest w filmach fabularnych.
Filmy historyczne z hollywood'u różnią się od naszych choćby rodzimych, czy polskich, czy europejskich. Akurat targetem "Aleksandra" są Amerykanie a potem reszta świata. I ty się dziwisz, że ten film wygląda tak jak wygląda?