2009-06-07, 08:33 | Pieniądze + styl życia
Kto pierwszy użyje broni atomowej?
Korea, wielkie więzienie
Koreańczycy z północy wydają się być najbardziej niebezpieczni. Kim Dzong Il pozornie nie ma wiele do stracenia, jego rządy opierają się na terrorze, a jak wiadomo terrorem nie da się rządzić w nieskończoność. Do świata nie przedostają się właściwie żadne informacje dotyczącego tego, co dzieje się w bezpośrednim otoczeniu ukochanego przywódcy. Nie wiadomo więc, czy istnieje jakaś wewnętrzna opozycja wśród generałów, mogąca mieć wpływ na zmianę politycznego kursu lub po prostu na zmianę przywódcy. Wydaje się, że nie.
Obawy przed Koreą mają jeszcze jeden aspekt. Mianowicie Chiny. Koreańczycy oglądają się na swojego wielkiego sąsiada, który nie raz wykorzystywał ich do tego, by straszyć Zachód i Rosjan „nieodpowiedzialnym reżimem z Phenianu”. Tyle że Chiny same są w pewien sposób zakładnikami Korei. Cóż bowiem mogłyby zrobić, gdyby Kim pewnego dnia zdecydował się wcisnąć czerwony guzik? Możemy jednak spać spokojnie, Kim raczej tego nie zrobi. Najważniejszym celem jego polityki jest utrzymanie się przy władzy do śmierci. Tylko tyle i aż tyle.
Kim, gdyby użył broni nuklearnej wobec któregoś z sąsiadów, skazałby się na natychmiastowy odwet, który zrównałby jego małe państwo z ziemią. On sam na pewno nie przeżyłby takiego konfliktu. Stąd bierze się sceptycyzm Amerykanów, którzy oczywiście wydali odpowiednie oświadczenia potępiające eksperymenty Kima, po czym zaczęli się zastanawiać, czy to czasem nie był bluff. Przywódca Korei ma jednak zbyt wiele do stracenia, aby rzucić się w atomową awanturę, choć może wydawać się, że jest odwrotnie, bo w Korei panuje nędza i głód. Tyle że to nie biedni, głodujący mieszkańcy będą decydować i użyciu bomby A, ale ich przywódca, który żyje w luksusie i bardzo chce to kontynuować.
Wyskoki pana prezydenta
Strach przed Iranem i jego nie istniejącą jeszcze bronią nuklearną, podsycany jest coraz bardziej ekscentrycznymi przemówieniami prezydenta Achmadineżada. Na zaczepki prezydenta Iranu reagują głównie dziennikarze w Europie, bo dziennikarze w Izraelu, pod adresem którego zwykł pan prezydent ciskać gromy, już się do tego przyzwyczaili i jego polityczne happeningi nie robią na nich wrażenia.
Wbrew potocznym opiniom Iran jest państwem przewidywalnym i bezpiecznym. Jego dążenie do dominacji w regionie bierze się z obaw, aby Teheranu nie spotkał los Bagdadu. Irańczycy bardzo łatwo mogą sobie wyobrazić sytuację, kiedy amerykańskie lotniskowce przy wsparciu brytyjskiego lotnictwa i izraelskiego wywiadu atakują ich kraj. Przywódcy religijni Iranu, którzy sprawują tam władzę rzeczywistą uważają po prostu, że potrzebny jest im solidny straszak na Amerykę i Izrael. W tej zawiłej politycznej grze wspomaga Iran Rosja, która próbuje z różnym skutkiem wykorzystywać Iran w podobny sposób, jak Chiny robią to z Koreą Północną.
Iran jest jednak państwem zupełnie innym niż Korea. To wielki, górzysty kraj zamieszkały przez przywiązanych do swojej tradycji ludzi oraz rządzony przez polityków realistów – wbrew obiegowym opiniom na temat religijnego charakteru irańskich rządów. Iranem trudno jest sterować i trudno sobie ten kraj całkowicie podporządkować. Warto jednak podkreślić jeszcze raz ów element Realpolitik, który mimo wszystko dominuje w polityce irańskiej. Krzykliwy prezydent jest jego częścią i spełnia swoją rolę dokładnie w taki sposób, w jaki mu nakazano.
Iran ma także inne oblicze, mało znane lub nieznane zupełnie. Irańska rewolucja islamska nie ma już tylu zwolenników, co kilkanaście lat temu. Młodzi Irańczycy, na ile to możliwe, próbują żyć, jak ich koledzy w innych krajach. Nie mają szans na to, by zmienić cokolwiek uczestnicząc w życiu politycznym, bo to zdominowane jest przez radykalnych fundamentalistów, ale sam fakt, że są i nie utożsamiają się z politykami powoduje, że polityka zagraniczna i wewnętrzna Iranu musi wyglądać inaczej – mocne słowa i ostrożne gesty. Zagrożenie ze strony Teheranu jest więc obecnie iluzoryczne.
Pomiędzy Indiami a Afganistanem
Leży tam kraj, który stanowi dziś największą zagadkę polityczną na całym globie. To Pakistan. Państwo utworzone po wojnie poprzez podział Brytyjskich Indii na część hinduską i muzułmańską. Pakistan jest krajem, który od czasu swego powstania znajduje się w permanentnym konflikcie ze swoim większym sąsiadem. Jest także krajem niespokojnym i niestabilnym politycznie. Pakistan ma poza tym coś, co decyduje o tym, że może być realnym zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa – broń nuklearną.
Pakistańczycy zaopatrzyli się w głowice nuklearne argumentując to tym, że identyczne głowice posiada ich największy wróg, czyli Indie. W czasach zimnej wojny, kiedy Indie flirtowały ze Związkiem Radzieckim, Pakistan ze zrozumiałych względów stał się sojusznikiem USA. Od tamtego czasu datuje się ścisła współpraca pomiędzy Amerykanami a Pakistańczykami. Współpraca naznaczona całą serią błędów politycznych ze strony Amerykanów, które owocują dziś tym, że radykalni islamscy ekstremiści zagrażają stolicy Pakistanu, Islamabadowi.
Amerykanie przez całe dziesięciolecia wspierali armię pakistańską, najpierw jako przeciwwagę dla Indii a potem jako czynnik stabilizujący sytuację w państwa islamskich środkowej Azji. Apogeum tego rodzaju działań miało miejsce w czasie sowieckiej inwazji w sąsiednim Afganistanie. Amerykanie nie interesowali się Pakistanem w żadnym innym aspekcie. Nie prowadzono żadnej cywilnej polityki wobec tego kraju, koncentrując się na współpracy wojskowej. Pakistan stał się bazą wypadową, miejscem szkolenia i centrum logistyki dla wszystkich ruchów militarnych i politycznych mających destabilizować potencjalnych przeciwników USA w tym regionie.
Największym głupstwem, jakie popełnili Amerykanie, było powołanie do życia ruchu talibów. Owi biedni studenci koranicznych szkół nie zaistnieliby na arenie międzynarodowej, gdyby nie amerykańskie pieniądze i pakistańskie samoloty. Talibowie, którzy podporządkowali sobie Afganistan przy poparciu USA i właśnie Pakistanu, mieli być kolejnym czynnikiem stabilizującym w środkowej Azji. Niestety kazali się nieobliczalni. Ich porozumienie z organizacją Al Kaida sprawiło, że sytuacja w centralnej Azji prawie wymknęła się spod kontroli. Do dziś są z nimi kłopoty i właśnie na naszych oczach rozgrywa się kolejna odsłona dramatu w tamtym regionie.
Talibowie, którzy mają przeciwko sobie armię amerykańską i sojuszników w Afganistanie, poczynają sobie coraz śmielej w Pakistanie. Walki trwają, a świat zastanawia się, co będzie kiedy talibowie zdobędą władzę w Pakistanie? Co będzie, gdy w ich rękach znajdzie się broń nuklearna? Pewne jest, że konflikt nuklearny będzie wtedy bliższy realizacji niż kiedykolwiek w historii.
Gość
Komentarze (33)
Jeżeli chodzi o Koreę Płn. to szczerze wątpię że użyją rakiet z bronią nuklearną. Przecież byłby to całkowity koniec tego kraju. Należało by się raczej spodziewać sprzedaży materiałów radioaktywnych a może i małych ładunków jakimś popaprańcom-terrorystom którzy chętnie podrzucili taką bombkę do jakiegoś miasta. I niestety niekoniecznie w USA.
A tak właściwie to kto użył pierwszy broni atomowej ?? Czyż nie Amerykanie.?
A zacznie się od wielkich zmian w ortografii. KrÓtki stanie się krutki, wĄtpić zamieni się w wontpić, luDZkość stanie sie luckością. A potem wybory wygra znowu platforma i nic się nie zmieni...
Fakt. Dla Ciebie już nie starczy czasu, żeby się nauczyć ortografii...