2009-07-02, 08:33 | Po prostu życie
Internetowa fabryka śmierci
Agenci gwiazd mieli pełne ręce roboty, bo z pomocą właścicieli portalu Twitter, gdzie masowo pojawiały się dramatyczne doniesienia, próbowali blokować rozprzestrzenianie się śmiercionośnego spamu. Hackerzy nie przebierali w środkach, bo włamywali się na strony gwiazd i tam umieszczali wiadomości. Wszystko wyglądało więc niezwykle wiarygodnie. W walce o życie podopiecznych najlepiej szło managementowi Britney, ale oni mają wieloletnią wprawę. Spears „umierała” już bowiem co najmniej cztery razy. Debiutowała w 2001 roku, gdy w amerykańskich mediach pojawiła się informacja, że wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem Justinem Timberlakiem zginęli w wypadku samochodowym. Potem było jeszcze samobójstwo, przedawkowanie leków i katastrofa lotnicza.
W rozbitym samolocie miał się też znaleźć rzekomo George Clooney. 25 czerwca kilka portali poinformowało, że awionetka, którą podróżował zniknęła z radarów. Jeff Goldblum miał spaść z urwiska (tego samego dnia aktor pojawił się w jednym z talk show, by osobiście zaprzeczyć doniesieniom), a Harrison Ford utonąć podczas rejsu jachtem. Raper Eminem zaliczył dwa zgony (wypadek samochodowy i przedawkowanie narkotyków), podobnie jak Paris Hilton, którą współwięźniarki miały zasztyletować w 2007 roku, gdy odsiadywała karę za prowadzenie pod wpływem alkoholu (kilka miesięcy później Paris miała popełnić samobójstwo). Po jednym zgodnie jak na razie mają na koncie Lou Reed (przedawkowanie narkotyków w maju 2001 roku), John Goodman (atak serca w 2005) oraz Margaret Thatcher.
Socjologowie tłumaczą, że podobne plotki najczęściej pojawiają się wkrótce po śmierci wielkiej gwiazdy. To najlepszy czas, żeby zaistnieć w mediach, bo ludzie ciągle w szoku po stracie idola, są bardziej skłonni uwierzyć w kolejne tragiczne rewelacje. Innymi słowy śmierć gwiazdy sprawia, że wiadomości o śmierci innych celebrytów stają się bardziej wiarygodne. Odejście Jacksona było więc wymarzonym momentem dla tych internautów o mało wymagającym i czarnym poczuciu humoru.
Ale fabrykowanie tragicznym końcu VIPów to bynajmniej nie wymysł współczesnych hackerów. Na kontrowersyjny pomysł wpadli już XVIII – wieczni kawalarze, którzy zamieścili w prasie nekrologi słynnego filozofa i polityka Benjamina Franklina. Podobny los spotkał pisarza Jonathana Swifta, autora Podróży Guliwera. Obaj w momencie publikacji informacji i ich śmierci cieszyli się wyśmienitym zdrowiem. Kolejny wysyp sfabrykowanych klepsydr przyniosła śmierć prezydenta Franklina Roosevelta w 1945 roku. Wkrótce media poinformowały, że zmarli także Frank Sinatra i Charlie Chaplin.
Jedną z najsłynniejszych ofiar nekrologowej prowokacji padł sam Paul McCartney. W 1968 roku gruchnęła wiadomość, że Beatles zmarł niespodziewanie dwa lata wcześniej, ale zespół w obawie przed utratą fanów zataił informację, a Paul został zastąpiony przez sobowtóra. Miejska legenda znana pod hasłem „Paul is dead” do dziś krąży z ust do ust, a są i tacy, którzy nałogowo przeglądają i porównują archiwalne zdjęcia i filmy, by wykazać, że Macca naprawdę nie żyje od 40 lat. Na dowód cytują teksty piosenek grupy puszczane od tyłu, w których jakoby ma być zawarte wyznanie Lennona i spółki oraz pokazują okładki płyt, które potwierdzają ich podejrzenia. Na Abbey Road wystarczył fakt, że McCartney jako jedyny został sfotografowany boso.
Gość
Komentarze (1)