2009-07-29, 08:33 | Pieniądze + styl życia
Spowiedź zawstydzonego szpiega
W zeszłym tygodniu po raz pierwszy upubliczniono tekst. Nie znaleziono w nim sensacji, których się spodziewano. Jednak materiał rzuca trochę więcej światła na wydarzenia sprzed ponad pół wieku. Blunt, pracownik MI5, był częścią siatki zwanej Czwórką z Cambridge. Do współpracy został zwerbowany przez swojego przyjaciela, a niektórzy podejrzewają, że także kochanka, Guya Burgessa. Miał za zadanie dostarczać ważne dokumenty z MI5, które Burgess przekazywał następnie radzieckiemu wywiadowi (Burgess miał swoich szpiegów także w MI6, ministerstwie obrony i ministerstwie spraw zagranicznych). Blunt twierdzi, że zrobił to z poczucia misji – chciał zrobić wszystko, by nazistowskie Niemcy nie wygrały wojny. Padł przy tym ofiarą naiwnego idealizmu oraz wiary, że Związek Radziecki i wujaszek Stalin to mniejsze zło. Jak jednak miała w tym wszystkim pomóc zdrada i przekazanie wrogowi, później sprzymierzeńcowi, a potem znów wrogowi kilka tysięcy dokumentów tego już nie tłumaczy.
Po zakończeniu wojny Blunt wycofał się z pracy w MI5 i zajął się historią sztuki. Czarne chmury zebrały się nad nim w 1951 roku, gdy Burgess uciekł do Moskwy. Wówczas pojawiły się pierwsze podejrzenia co do uczciwości Blunta oraz innych współpracowników zbiegłego agenta, m.in. Kima Philby. Nikt jednak nie był w stanie niczego udowodnić. W końcu w 1963 roku Blunt sam się przyznał do wstydliwej przeszłości. W zamian za zeznanie dostał od królowej immunitet i obietnicę, że opinia publiczna o niczym się nie dowie.
I tak pewnie by się stało, gdyby nie książka Climate for Treason Andrew Boyle’a. Pisarz nie wymienia tam Blunta z nazwiska, ale ujawnia dość szczegółów, by można się było domyślić, o kogo chodzi. Krąg podejrzeń się zacieśnia i w końcu Anthony Blunt przyznaje się publicznie do wszystkiego. W efekcie zostaje aresztowany, pozbawiony tytułu szlacheckiego, a premier Margaret Thatcher nazywa go zdrajcą. Załamany szpieg rozważa odebranie sobie życia, co wielu uważało za najbardziej honorowe wyjście z sytuacji. Zamiast tego zostaje banitą, do końca życia zajmuje się sztuką i spisuje wspomnienia.
Dziennikarze zwrócili uwagę, że choć wiele w tych zapiskach poczucia winy, ani razu nie pada słowo „przepraszam”, na które czekało tak wiele Brytyjczyków. Blunt nie ujawnił także niczego, co mogłoby zaszkodzić jego współpracownikom lub ich rodzinom. Zamiast rzetelnej spowiedzi wyszedł więc załącznik do jednego z największych skandali w historii brytyjskiej polityki.
Gość