2009-07-31, 07:48 | Po prostu życie
Życie i śmierć Stanisława Barei
Stanisław Bareja zmarł w 1987 roku na zawał serca. Pozostały po nim filmy, które oglądane dziś budzą w wielu zdziwienie, niesmak i niezrozumienie. Większość Polaków jednak uważa Bareję za twórcę wybitnego, który jak nikt przed nim i po nim oddał klimat PRL z jego absurdami, rubaszną radością i gorzkim smutkiem. Jego twórczość nazywana często „bareizmem” była od początku źle widziana przez władze. Barei zarzucano nienawiść do klasy robotniczej i estetyczną tandetę. Ten drugi zarzut wiąże się z osobą Kazimierza Kutza, który wymyślił termin „bareizm”, żeby ośmieszyć reżysera filmu Miś. Pomysł spalił na panewce, bo „bareizm” stał się wkrótce synonimem filmów legitymujących się lekkością, absurdalnym humorem i specyficznym, rozpoznawalnym przez widzów klimatem.
Pierwszym filmem Barei był zapomniany już obraz Mąż swojej żony. Była to historia muzyka, który jest mężem wybitnej sportsmenki. On – geniusz artysta – musi znosić w domu kolegów żony, facetów od walenia po mordzie i rzucania w dal różnymi dziwnymi przedmiotami. Komedia powstała w roku 1960 i nie miała jeszcze tego specyficznego uroku charakteryzującego późniejsze dzieła mistrza. Była to pogodna opowieść z kilkoma wesołymi wstawkami, a komizm zasadzał się tam na skonfrontowaniu świata sportu ze światem kultury.
Potem były jeszcze takie filmy, jak Dotknięcie nocy o tym, jak prowincjonalny fotograf rabuje konwój z pieniędzmi, oraz Żona dla Australijczyka. Pierwsze filmy Barei, z wyjątkiem kryminałów, gdyby je nakręcić na współczesną modłę, zyskałyby miano komedii romantycznych. Prawdziwy Bareja, taki którego uwielbiali ludzie zmuszeni do życia w późnym PRL, objawił się dopiero w filmie Poszukiwany, poszukiwana, gdzie Wojciech Pokora grał rolę faceta przebierającego się za pokojówkę. Musiał to robić, bo nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie. Amerykanie zrobili potem podobny film z Dustinem Hoffmanem, obraz nazywał się Tootsie, ale Hoffman nie dorastał Pokorze do pięt.
Jednak kwintesencją stylu, spostrzegawczości i charakteru Stanisława Barei stał się serial Alternatywy 4, opowieść o lokatorach bloku z wielkiej płyty, którzy usiłują przeżyć jakoś okropne lata osiemdziesiąte, terroryzowani przez ciecia nazwiskiem Anioł. Było w tym obrazie wszystko, w co kazano wierzyć ludziom w PRL i było to wyśmiane bez litości. Film cieszył się przez to wielkim powodzeniem i był najpopularniejszą produkcją komediową, jaka wyprodukowana została w Polsce.
Nic już później nie śmieszyło Polaków tak bardzo, jak przygody lokatorów z ulicy o dziwnej nazwie Alternatywy. Próba dokręcenia dalszej historii, która rozgrywałaby się na ulicy Dylematu 5 skończyły się spektakularną klapą. Nie tylko przez to, że serialu Dylematu 5 nie reżyserował Bareja. Niepowodzenie tej produkcji wynikało z faktu, że ludzie nie mają już ochoty zastanawiać się, dlaczego muszą ciągle doświadczać podobnych stanów, jak ci z serialu Barei w latach osiemdziesiątych. Nie śmieszy ich to i nie zastanawia. Dom przy Dylematu 5, aby wzbudzić zainteresowanie widza, powinien być zamieszkany przez nerwowych, wkurzonych ludzi, a nie pomylonych wynalazców i rozradowanych durniów.
Stanisław Bareja, gdyby dożył naszych czasów, nie uwierzyłby chyba, że tak niewiele się zmieniło, od kiedy na natolińskim osiedlu rządził Stanisław Anioł. Może nakręciłby o tym film, kto wie, a może wyjechałby z innymi do Londynu i otworzył tam polski sklep z wędlinami.
Gość
Komentarze (23)
DO AUTORA: TROCHĘ WIĘCEJ KOMPETENCJI !
PRZEBRAŁ SIĘ ZA POMOC DOMOWĄ BO BYŁ POSĄDZONY O ZABÓR OBRAZU NIEZNANEGO SZERZEJ AUTORA, Z MUZEUM W KTÓRYM PRACOWAŁ I MUSIAŁ SIĘ UKRYWAĆ PRZED ORGANAMI ŚCIGANIA-MILICJĄ
tak to jest z "krytykami" jak nie wie, to zmysli....
dla mnie najlepszą sceną z filmów Pana Stanisława jest ostatnia scena z Misia i monolog o tradycji...że tego Mysia nie wycięła!
Kutz Kazimierz jako twórca nie dorasta Barei do pięt, co już dziś zweryfikował czas. Tak na prawdę to Bareja jest ciekawszym artystą, choć wydaje się, ze nie starał się nim być :)