2009-08-14, 08:18 | Po prostu życie
A w Korei bez zmian
Obie pracowały dla stacji telewizyjnej, której współwłaścicielem jest Gore. Clinton pojechał, pogadał i sprawę załatwił. Teraz jedni pytają, czy przypadkiem to nie błąd, że jego talenty dyplomatyczne tak się marnują i już widzą go w roli ambasadora na przykład w Chinach albo w Iranie. Inni pytają, czy cała akcja nie była jednym wielkim przedstawieniem, w którym obie strony udawały, że wszystko jest śmiertelnie poważne.
Przypomnijmy o co w ogóle chodziło. Dwie reporterki Current TV Laura Ling oraz Euna Lee postanowiły wybrać się z wizytą do Korei Północnej. Sprawa nie jest prosta – dziennikarkom odmówiono wjazdu. 17 marca zostały złapane, gdy nielegalnie próbowały dostać się do koreańskiego raju. Władze były bezlitosne i skazały obie kobiety na 12 lat ciężkich robót, co w tamtejszych warunkach zasadniczo jest karą śmierci. Liczono prawdopodobnie na to, że władze amerykańskie natychmiast przystąpią do negocjacji i będą skłonne do daleko idących ustępstw. Zamiast tego u schorowanego Kim Dzong Ila niespodziewanie pojawił się Clinton. Czy coś obiecał, czy wystarczyło cygaro i urok osobisty prezydenta, nie wiadomo. Dość, że do Stanów Bill wrócił w towarzystwie skazanych, a teraz ułaskawionych kobiet. Łatwo poszło. Ale czy aby nie podejrzanie zbyt łatwo?
O ogromnym talencie dyplomatycznym Clintona rozpisywali się publicyści największych dzienników, głos zabrał nawet słynny Henry Kissinger. Ale wśród nich znaleźli się i tacy, którzy twierdzą, że mieliśmy do czynienia ze zwykłym show. Do sceptyków należy m.in. znany publicysta Christopher Hitchens. Dziennikarz zwraca uwagę, że jak na więźniarki totalitarnego systemu obie panie wyglądają zaskakująco zdrowo. „Spędziłem o wiele mniej czasu w Korei niż Ling i Lee i to jako gość, a i tak potwornie schudłem na ich racjach żywnościowych” pisze szyderczo Hitchens, lecz zaraz zupełnie poważnie przypomina o klęsce głodu, która trawi od lat Północną Koreę. Stąd już tylko o krok od wniosku, że dziennikarki nie dość, że nie były trzymane w żadnym obozie, to dbano o nie z ogromną starannością. To z kolei znaczy, że od początku były nie więźniarkami, ale raczej zakładniczkami. Potem wystarczyło już tylko poczekać na amerykańskiego polityka, by ogłosić przez megafony i w mediach, że USA znów musiały się ugiąć przed potęgą Korei, a sam były prezydent przyjechał, by przepraszać wodza. Cel „propagandowe wzmocnienie reżimu” został osiągnięty. I to m.in. dzięki pomocy Billa Clintona.
Dla jednych więc najważniejsze jest to, że Laura Ling i Euna Lee wróciły cało i zdrowo do domu. Robią na śniadanie jajecznicę, czeszą włosy córkom, idą na spacer z mężem – o czym zawiadamiają na stronie internetowej. Dla innych, że prestiż USA w globalnym rozrachunku ostatecznie raczej ucierpiał niż odniósł zwycięstwo. A w Północnej Korei jak zwykle bez zmian. I na to sam Bill Clinton nic nie poradzi.
Gość
Komentarze (1)