2009-08-17, 08:33 | Po prostu życie
Uczą dzieci donosić
W każdej szkole, od najmłodszych klas w górę, powtarza się małym Amerykanom, że jeśli tylko czują się w domu wykorzystywani przez rodziców lub w jakiś sposób pokrzywdzeni mogą zadzwonić do stosownego urzędu i tam otrzymają pomoc. Co to oznacza? Bardzo dużo.
Może się na przykład zdarzyć tak, że dom dziecka, które się skarży, zostanie znienacka skontrolowany przez urzędników, którzy zastawszy w nim lekki bałagan, nie pozmywane naczynia lub porozrzucane po podłodze książki podejmą decyzję o pozbawieniu rodziców praw do dziecka. Dla tych biednych ludzi będzie to tragedia, dziecko także czeka niewesoły los, bo za nim znajdą mu rodzinę zastępczą, będzie musiało mieszkać w różnych państwowych ośrodkach. Nikogo to jednak nie interesuje.
Najważniejszy bowiem, według prawa USA, jest los małego obywatela. Absurd takiego postępowania jest oczywisty, bo dzieci nie mogą przecież same decydować co jest dla nich dobre, a co złe. Są egoistyczne i kłamią jak najęte, byle tylko otrzymać to co sobie wymarzyły. Potrafią oskarżyć ojca o pedofilię, a matkę o alkoholizm, bo rodzice nie zgodzili się, żeby córka przez tydzień mieszkała u Susan, swojej najlepszej przyjaciółki. Susan jest co prawda po odwyku, a jej matka dopiero co rozwiodła się z drugim mężem, który zamordował pierwszego, ale jakie to może mieć znaczenie. Przyjaźń jest najważniejsza.
Lekkomyślni rodzice nie biorą tego pod uwagę i chcąc stłamsić osobowość córki narażają się na interwencję urzędników. Ci zaś nie pozwolą córce spotykać się z Susan, z czego ona sama nie zdaje sobie sprawy, ale wyślą ją gdzieś, gdzie jej potrzeby będą według nich zaspokojone właściwie. Dzieci nie biorą pod uwagę takich rozwiązań, bo myślą emocjami i chcą po prostu dostać coś od razu, bez względu na konsekwencje. Ich miłość do rodziców nie istnieje w takich momentach.
Wielu amerykańskich zgredów żyje w ciągłym strachu, czy ich dorastająca pociecha nie szykuje czasem jakiejś zemsty za nie posoloną zupę lub za wakacje spędzone w górach zamiast nad morzem. Podlizywanie się własnym dzieciom zaś to element amerykańskiej tradycji i kultury. Oby nigdy zwyczaj ten nie zawitał do nas, bo wtedy mogłoby być naprawdę źle.
Gość
Komentarze (45)
I - nie podoba mi się u nas w kraju wiele rzeczy, ale zdecydowałem się wrócić, aby założyć tutaj rodzinę, gdyż narzeczona chce pozostać w Polsce (a o Anglii mowy nie ma). Jeśli nie kochałbym jej, to pozostałbym w Wielkiej Brytanii lub jeszcze dalej wybył i wszędzie byłbym dumny z tego, że jestem Polakiem, ale nie byłbym dumny z tego, czym Polska obecnie jest. Taką mieszanką ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, którzy potrafią osiągnąć wiele oraz zbieraniny złożonej z ludzi pokroju komentującego powyżej. Wszystko to pod przywództwem niezbyt rozgarniętych populistów, których wybrało niezbyt rozgarnięte społeczeństwo (co akurat jest winą nas
"Podlizywanie się własnym dzieciom zaś to element amerykańskiej tradycji i kultury." Czy to jest poparte jakimiś badaniami instytutów społecznych, czymkolwiek? Czy tylko takie popierdywanie na zasadzie pierwszych przemyśleń?