2009-08-21, 08:25 | Pieniądze + styl życia
Kulturalny szwindel
Szczyt szczytów
- Odwiedziłem kiedyś taki ośrodek pod Warszawą, to była niewielka wioska, gdzie kilku zapaleńców próbowało wydobyć z „dna nędzy” grupkę dzieciaków miejscowej patologii - opowiada Rafał, dziennikarz. – To, co robili ci ludzie, zasługiwało na szacunek i oklaski. Organizowali dzieciom wolny czas, uczyli te dzieciaki rysunków, pokazywali im różne ciekawe filmy. Okazało się także, że muszą zrealizować jakiś program finansowany przez Unię, na który to program gmina ich finansująca dostała pieniądze. Niestety oni sami nie mogli tego programu realizować, potrzebny był specjalista. Myślałem, że chodzi o jakąś osobę z kwalifikacjami, tymczasem do tych biednych dzieciaków przyjechała jakaś pani z Monaru, z brudem za paznokciami pamiętającym pewnie budowę pierwszych ośrodków dla narkomanów i dwa razy w tygodniu po pół godziny chrzaniła o tym, że we Włoszech jadają pizzę, a we Francji żaby. Dzieci miały to powtarzać i zapamiętywać. Wiedza zdobyta na tym pożal się Boże kursie miała im ułatwić później życie w zjednoczonej Europie. Dzieciaki powtarzały, a kobiecinka z Monaru inkasowała pieniążki i jechała do następnego ośrodka, opowiadać innym dzieciakom makaronie i ślimakach.
Wydawać by się mogło, że czasy „ukulturniania” młodzieży minęły wraz z socjalizmem (tym realnym i tym nierealnym), że już nikt nie będzie kładł dzieciom do głowy, jak mają się zachowywać by wyrosnąć na dobrych obywateli. Wydawać by się mogło, że czasy kulturalnych politruków, którzy niczego nie uczą a kasę trzepią, minęły również. Niestety nie, trwają one nadal. Zmienił się tylko charakter działań, dziś kultura nie jest państwowotwórcza, jest albo unijna, albo środowiskowa, lansuje postawy i rozdziela role w lokalnych społecznościach. Ma także ambicje: chce wychować elity.
- W moim mieście są dwa domy kultury – mówi Jacek. – W jednym pracuje pan Grzegorz, który jest zawodowym muzykiem, ukończył konserwatorium, gra na kilku instrumentach. Kiedyś wpadł na pomysł, by założyć chór dziecięcy, wszyscy patrzyli na niego jak na wariata, a on chodził po szkołach i szukał dzieci, które mogłyby śpiewać. Zaczynał skromnie od kilku osób, po dwóch czy trzech latach chór rozrósł się i zaczął zdobywać nagrody. Pan Grzegorz powinien więc otrzymać jakąś pomoc władz, jakieś dotacje, ale dostał tylko salę do prób. Załatwia swojemu chórowi sponsorów, którzy finansują wyjazdy na konkursy i koncerty. Wszyscy nadal patrzą na niego jak na wariata. Popierają go jedynie rodzice tych dzieci, które dzięki niemu mają jakieś sensowne zajęcie po lekcjach i nie włóczą się po ulicach.
W drugim domu kultury pracuje Jareczek, jest to osobnik dobiegający pięćdziesiątki, łysiejący od czoła, z długimi piórami ciągnącymi się za nim prawie po ziemi. Zawsze chodzi z gitarą, zakłada przynajmniej dwa zespoły muzyczne w ciągu roku, na każdy dostaje kasę od władz miasta, jest bowiem przyjacielem kogoś tam, z kim robił „rewolucję lat 60-tych”. Zespoły te rozpadają się po kilku tygodniach, ale on zakłada wtedy nowe. Zajęcia, które prowadzi, to permanentna próba muzyczna, w której bierze udział grupka osób nie umiejących grać na niczym. Za zajęcia Jareczka trzeba płacić. Chodzi tam sporo osób, no bo wiadomo: stary dobry rock, klimaty i temu podobne duperele. Nie wiem, jak to się dzieje, że nieudacznik, który nawet nie nauczył się grać na gitarze, może działać na niwie kultury, ale widocznie może. Ostatnio Jareczek wyczuł nowy trend i zorganizował festiwal piosenki katolickiej. Co to była za żenada! Nie przyjechał żaden sensowny zespół, wystąpili jacyś wszarze w porwanych ciuchach, którzy wydzierali się przy akompaniamencie perkusji i gitary, wrzeszcząc, że Jezus ich kocha. Polemizowałbym z tymi twierdzeniami.
Błąd w kulturze
- Wydaje mi się, że w niektórych przypadkach mamy tu do czynienia z wypaczeniem pozytywistycznego mitu o służebnej roli inteligencji wobec tak zwanego ludu – mówi Paweł, socjolog. – Schemat stworzony przez XIX - wieczną literaturę jest zakorzeniony w naszych umysłach, traktujemy go raczej poważnie i nie zastanawiamy się nad tym, czy on ma sens, czy nie. On oczywiście ma sens, jeśli ludzie mający coś do przekazania młodszym od siebie robią to i są wynagradzani przez władze lub przez jakieś organizacje.
Kiedy jednak mamy do czynienia z sytuacjami, gdy działacz kulturalny organizuje warsztaty fotograficzne, bo akurat jest taki program w Ministerstwie Kultury i są na to pieniądze, a on co prawda nie ma pojęcia o fotografowaniu, ale bardzo chce coś robić, a najbardziej „pomagać”, no to taka sytuacja jest moim zdaniem patologiczna. Widziałem kiedyś wystawę fotografii jakichś biednych dzieci z przedmieść, wisiała na dworcu, zdjęcia były nanizane na sznurek i podwieszone pod sufitem, chyba ze 4 metry ponad ziemią. Nic nie można było zobaczyć, ale był program i ktoś z niego skorzystał. Nie wiem tylko, czy dzieci były do końca zadowolone.
Rodzice szukający oferty kulturalnej dla swoich dzieci coraz rzadziej korzystają z programów dostępnych w domach kultury. Wolą zapisać dziecko na drogie zajęcia muzyczne, na porządnie prowadzony język lub sport typu karate.
Domy kultury próbują szukać jakiegoś sposobu na przyciągnięcie ludzi, jednym się to udaje innym nie. Bywa i tak, że placówki kulturalne służą lokalnej polityce; organizowane są tam spotkania mieszkańców z władzami, jakieś mityngi przedwyborcze i święta branżowe typu „dzień nauczyciela”. Kierownicy tych placówek bardzo chcieliby trafić ze swoją ofertą w gusta ludzi młodych, stąd tak wiele nieudanych prób odgadnięcia, o co tak naprawdę młodzieży chodzi. Stąd także biorą się kursy na didżeja prowadzone przez jakichś popaprańców i kursy dziennikarstwa dla gimnazjalistów nie potrafiących poprawnie napisać zdania po polsku.
Należałoby się zastanowić czy zjawisko nazywane „domem kultury” ma jeszcze w ogóle rację bytu, czy jest jeszcze do czegoś potrzebne. Odpowiedź nie wydaje się skomplikowana i szczególnie trudna: jeśli działają w nim ludzie, tacy jak pan Grzegorz to tak, takie placówki powinny istnieć, jeśli zaś pracuje tam gromadka niewydarzonych rockmanów ze skłonnościami do uzależnień lub gang politykierów wynajmujących salę na wesela i urodziny to nie, w takich wypadkach domy kultury należy jak najszybciej zamknąć.
Gość
Komentarze (11)
Jeśli cos organizują to tylko pod politykę i włodarzy. Totalny przerost formy nad treścią- "artyści" . NIC DLA LUDZI NIC DLA DZIECI. TYLKO KASA I STOŁECZKI. ABY SIĘ ŻYŁO LEPIEJ.
W Szczecinie dom kultury służy do utrzymywania platformianych pederastów na etatach.