2009-10-05, 07:24 | Po prostu życie
Jak uciec od kobiety i zachować jej przyjaźń
Nie możemy sami popadać w stany minorowe, kiedy idziemy obwieścić naszej lubej, że to już koniec, bo utoniemy tam razem z nią we łzach. Co gorsza, może okazać się, że zamiast tego samego wieczora spać już z tą drugą, ładniejszą, wylądujemy w tym samym co zwykle łóżku, bo nasza pani tak sprytnie wszystko wykombinuje. Rano obudzimy się jak ten goły w pokrzywach i nasze życie, miast być pasmem przygód i odmian, stanie się szarą jak toaletowy papier wstęgą. Nie wolno nam do tego dopuścić. Dlatego właśnie na rozstanie z kochanką zabieramy kwiaty, butelkę szampana i kolegę znanego z tego, że żadnej nie przepuści.
Nie zdradzając rzecz jasna od razu z czym przychodzimy, stawiamy na stole szampana, napełniamy kieliszki i wypijamy je duszkiem. Potem kłamiemy, że oto nasz kolega z wojska Rysiu, ma dzisiaj zły dzień, bo rzuciła go dziewczyna i nie ma się gdzie podziać. Wypijamy następnie toast za zdrowie Rysia, potem za zdrowie jego dziewczyny, a kiedy Rysiu, który ma słabą głowę, ale za to w czym innym jest dobry, rozpocznie swój godowy taniec wokół naszej – ciągle jeszcze – miłości, wychodzimy po jakiś mocniejszy alkohol.
Kiedy wracamy z butelką wódki o pojemności 0,7 litra z wizerunkiem Fryderyka Szopena kunsztownie wyrżniętym w szkle, na twarzy naszej – ciągle jeszcze – dziewczyny maluje się niejakie zakłopotanie, na twarzy Rysia zaś widać tylko egzystencjalny ból i cierpienie, których to chwytów używa on zwykle, by przekonać do siebie kobiety. Nie pytając o nic rozlewamy wódkę. Sobie oczywiście lejemy najmniej.
Włączamy się w dyskusję na zasadzie – „doprawdy Ryszard, któż by przypuszczał, że to możliwe?!”, cały czas pilnując kieliszków i nalewając do nich alkohol, kiedy tylko się opróżnią. W międzyczasie puszczamy muzykę, która stworzy niezbędny dla naszych dalszych planów nastój. Kiedy nasz przyjaciel z wojska zaczyna nieco niedomagać werbalnie, czyli inaczej mówiąc bełkotać, a oczy naszej pani błyszczą tak, że mogłaby nimi oświetlać chodniki w kopalniach węgla, wychodzimy po kolejną flaszkę albo po cokolwiek, bo to już i tak nie ma znaczenia.
Kiedy wracamy, to co zastajemy na kanapie nadaje się właściwie już tylko na scenariusz pornosa. Możemy sobie pogratulować. Oni nawet nie widzą, że stoimy w drzwiach, dla pewności więc robimy kilka zdjęć telefonem komórkowym i cichutko wychodzimy do naszej nowej narzeczonej, pogwizdując w drodze znaną piosenkę o brunetkach i blondynkach. Następnego dnia, kiedy oni jeszcze śpią, przytuleni do siebie jak nawalone misie koala, wpadamy tam z furią starszego sierżanta wizytującego poborowych w pierwszych dniach służby. Nasz wrzask powinien nieść się aż po najwyższe piętra tego mrówkowca.
Nie przyjmujemy żadnych wyjaśnień i nie słuchamy nikogo. Żeby zwiększyć efekt, tłuczemy jakąś szklankę albo coś i trzaskamy bez przerwy drzwiami, pamiętając o tym, że oni oboje mają kaca i takie odgłosy to dla nich tortura. Po kilku minutach tego przedstawienia dajemy się ugłaskać i wybaczamy im wszystko pod warunkiem, że nie będą już więcej niszczyć naszego życia. Ocieramy łzę i z wzrokiem utkwionym w dal wychodzimy w chłodny poranek. A co tam dalej będzie się działo, to już niech się Rysiek martwi. Po kilku dniach możemy zadzwonić do naszej byłej już dziewczyny i zaproponować jej przyjaźń. Na pewno się zgodzi.
Gość
Komentarze (40)
Potem nawet przespać się z nią znowu będzie można jak zajdzie taka potrzeba. Albo ochota ;D