2009-12-26, 00:00 | Po prostu życie
Pierwszy bandyta PRL
Każdy kto sprzeciwia się władzy, jest fajny
Na tym to właśnie polegało. Każdy, ale to absolutnie każdy, kto miał na pieńku z władzą, był przez ludzi uważany za swojaka, porządnego chłopa, który może zbłądził, ale gdyby mu dać szansę, to na pewno byłby wzorowym obywatelem, mężem i ojcem. Sympatię wzbudzali nawet ci przestępcy, którzy mieli krew na rękach. Człowiek, o którym chcemy dziś opowiedzieć, był właśnie kimś takim; pospolitym złodziejem i mordercą. Nie miał nawet postury prawdziwego bandyty, ot niski, facecik z zaczesanymi do tyłu włosami i wydłużoną twarzą. Nazywał się Jerzy Paramonow.
Jego wyczyny obrosły legendą tak nośną, że najsłynniejsza knajacka ballada powojennej Warszawy traktuje właśnie o Paramonowie. Istnieje kilka wersji tej pieśni. Ta, którą znam, zaczyna się od słów:
Pod kinem „Roma” ktoś głośno wrzasnął,
to Paramonow ze łba go trzasnął
Pod kinem „Roma” ktoś głośno krzyczy
To Paramonow zęby mu liczy
Pieśni ta miała kilkanaście zwrotek, a w każdej opiewane były inne, coraz bardziej wymyślne i „kozackie” czyny dzielnego Jerzego Paramonowa, którego ponoć bała się cała warszawska milicja. I nie tylko warszawska, jedna ze zwrotek pieśni mówiła także o jednostkach milicji w innych miastach:
Cała mentownia już w strachu chodzi
Bo Paramonow zjechał do Łodzi
W rzeczywistości Paramonow nie był w Łodzi i nie uprawiał tam swego bandyckiego rzemiosła. Jego kariera zaczęła się i zakończyła w Warszawie. To zrobił swój pierwszy skok i tu wsławił się niekonwencjonalnymi metodami dokonywania przestępstw. Z najciekawszych akcji Paramonowa warto wymienić gwałt, którego dokonał w masce na twarzy i ze sztyletem w dłoni.
Praca hańbi i nudzi
Jerzy Paramonow był człowiekiem bardzo młodym - kiedy go schwytano, miał zaledwie 24 lata. Karierę przestępczą rozpoczął jako osiemnastolatek od napadów na sklepy z pistoletem w dłoni. Był wówczas pracownikiem ochrony wytwórni płyty winylowych „Muza”.
Zaskakujące jest to, że Paramonow, mimo iż odsiedział pięć lat w swoim krótkim życiu, to zawsze był zwalniany przed zakończeniem kary lub wypuszczany za dobre sprawowanie. Nie ma na to żadnych dowodów, ale okoliczności otwierają drogę do przypuszczeń i spekulacji, że najsłynniejszy „Janosik” PRL był po prostu konfidentem milicji, któremu pozwalano na wiele, bo donosił na innych przestępców i był „wtyką” w półświatku. Wkrótce okazało się, że pozwalano mu na zbyt wiele.
Paramonow zawsze miał broń - pochodzenie tej broni pozostawało bardzo długo zagadką. Nikt nie wiązał jej z napadem na sierżanta milicji Lesińskiego na warszawskiej Woli. Był to bardzo widowiskowy napad, bo Lesiński został zaatakowany 22 - kilogramowym łomem i po napadzie pozostał sparaliżowany do końca życia. W czasie gdy stolica ekscytowała się pobiciem milicjanta na Woli, Paramonow pracował jeszcze jako ochroniarz. Wkrótce jednak zmienił zajęcie – za mało mu płacili – i zatrudnił się w Domu Książki, ale tam pracował tylko jedenaście dni, bo zdarzyło mu się zamordować jednego ze stróżów porządku.
A było to tak: sierżant Zdzisław Łęcki wylegitymował w śródmieściu dwóch podpitych mężczyzn i kobietę, która wyglądała jak prostytutka. Mężczyźni zgodzili się wsiąść do taksówki, a taksówkarz na polecenie Łęckiego miał ich zawieść na komisariat na Wilczej. Sam Łęcki miał tam wkrótce dotrzeć rowerem. Takimi bowiem środkami lokomocji przemieszczali się milicjanci w Warszawie w roku 1955. Pod komisariatem, w chwili gdy jeden z mężczyzn wysiadał z auta, a zdyszany milicjant dojeżdżał rowerem na miejsce, jakiś dziwny metalowy przedmiot upadł na płyty chodnika. Łęcki w mgnieniu oka zorientował się, że jest to magazynek pistoletu. Po kolejnym mgnieniu oka już nie żył, bo Paramonow zastrzelił go na miejscu.
Ucieczka Paramonowa spod komisariatu na Wilczej i nieudane próby jego schwytania zrobiły bandycie wielką reklamę. Mało kto przejmował się zabitym milicjantem - tematem numer jeden towarzyskich pogwarek przy kufelku był Jerzy Paramonow i jego brawurowa ucieczka.
W stogu siana
Zanim Paramonow dokonał swojego krwawego czynu, zrobił coś, co może dziś wywołać jedynie uśmiech politowania. Oto, po zrabowaniu pistoletu na Woli ruszył nasz bohater do miejscowości Międzyborów na trasie pomiędzy Warszawą a Skierniewicami i tam dokonał zuchwałego napadu na sklep z pistoletem w ręku i maską wykonaną z gazety Express Wieczorny na twarzy. Nie wiem, jak zachowaliby się dzisiejsi sprzedawcy, gdyby napadł na nich facet w masce zrobionej z gazety, ale przypuszczam, że nie musiałby używać ów napastnik pistoletu, bo sam jego wygląd obezwładniłby każdego sprzedawcę i powalił go na ziemię w paroksyzmie śmiechu. Mógłby sobie potem Paramonow rabować, na co przyszłaby mu ochota.
W tamtych czasach jednak, kiedy policja jeździła rowerami po mieście stołecznym, facet z gazetą na głowie budził postrach. Paramonow obrabował sklep, potem w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zabił milicjanta, a potem zaczął się ukrywać. Milicja dość szybko wpadła na jego trop. Znaleziono go śpiącego w kupce siana na międzytorzu w pobliżu dworca Warszawa Wschodnia. Paramonow miał przy sobie pistolet, ale nie miał doń amunicji. Wraz z legendarnym bandziorem aresztowano także jego „prawą rękę” w napadach na sklepy, Kazimierza Gaszczyńskiego. Był to młody chłopak bez wyobraźni i rozumu, ale uliczna legenda zrobiła z niego kogoś w rodzaju „mózgu” bandy.
Kazik Gaszczyński to tęga głowa
To prawa ręka Paramonowa
Tak śpiewała ulica i Gaszczyński chyba nawet w to uwierzył. Przestał strugać chojraka dopiero na ławie oskarżonych. Jego „szef” i główny oskarżony siedział przez całą rozprawę spokojnie i patrzył wysokiemu sądowi prosto w oczy.
Kiedy pozwolono mu mówić, Paramonow przyznał się do wszystkiego i poprosił sąd o możliwość odpracowania win w więzieniu. Sąd nie przychylił się do jego prośby, skazano go na śmierć przez powieszenie. Wyrok został wykonany 21 listopada 1955 roku. Gaszczyńskiego, mimo iż nikogo nie zabił, skazano również na śmierć, ale rada państwa zamieniła mu ten drakoński wyrok na dożywocie. Wspólnik Paramonowa wyszedł na wolność po 15 latach więzienia, ale zmarł wkrótce na skutek chorób, których nabawił się odsiadując wyrok.
Po Paramonowie nie było już w Polsce Ludowej przestępcy, który cieszyłby się taką sławą i całkowicie niezasłużoną sympatia ludzi. Nowobogaccy bandyci epoki Gierka i ponure bandziory z Pruszkowa nie budzili już niczyich pozytywnych emocji.
Gość
Komentarze (52)
Dlaczego więc władze wybierają rozwiązania najdroższe i nonsensowne ? Jak się szacuje, wartość łapówek przy przetargach dla urzędników i polityków wynosi minimum ok. 10 %. Dlatego urzędnicy, politycy wciąż coś budują, kupują (za nasze publiczne pieniądze), a podatki i ceny w Polsce należą porównywalnie z zarobkami do najwyższych w Europie.
To mało słyszałeś, koleś. Pewnie głuchy jesteś. A może i głupi skoro nie wiesz co to Google:
http://pl.wikipedia.(…)monow
wartownicy /w dużych zakładach pracy z bronią lub w małych bez broni/ oraz straż ochrony kolei tzw SOKiści.
Był jeszcze BOR w którym byli wyłącznie milicjanci.Banki zatrudniały wartowników z bronią.Ci z bronią to najczęściej byli żołnierze KBW i każdy z nich obowiązkowo był członkiem partii.Paramonow to był zwykły bandzior i choć istniała o nim piosenka /Gdzieś w stogu siana obok Wschodniego śpi Paramonow razem z kolegom.Na prawo ręka na lewo głowa to jest robota Paramonowa/,to jednak nikt go nie gloryfikował.
Do tych wielkich należał bez wątpienia "Ryba" opisany przez St.Wałacha w książce "świadectwo tamtym dniom".Ryba AKowiec ujawnił się chyba 1949r ale w 1951r UB wymogło na nim by wrócił do lasu i
aby zdradził swoich byłych podwładnych.Pozornie się zgodził i walczył z bronią do 1957r ostatnio napadaj
pokonując 120razy trasę 10m/15m.Został zdradzony przez swego ostatniego żołnierza/wspólnika i osaczony na bagnach zabity.W tej kryjówce miał kilkaset szt broni palnej,ogromną ilość amunicji + miny i granaty.
O ty w morde kopany, przez most Kierbedzia w te i we wte ganiany...
A powaznie - jak ci takie porownanie moglo do doornego lba strzelic pozostanie zagadka. Tuska ma sie tak do Wermachtu jak ty do rozumu. Pfffff....
Dostaje dreszczy na dzwiek slowa Kaczynski, ale do ich ostrzeliwania jeszcze mi daleko. Coz, empatia to uczucie wyzsze, nie znane chwastom.