2010-03-18, 07:11 | Pieniądze + styl życia
Oskar to „pocałunek śmierci”
Każde z nich zagrało w kilkunastu filmach. Potrafili oni także tak zaplanować swoje życie zawodowe, by uniknąć pułapek wielkich pieniędzy i mielizn show businessu, na których osiadło wielu ich kolegów. Dla większości aktorów bowiem Oskar to nie początek wspaniałego życia, ale w najlepszym razie stagnacja kariery.
Dobrym przykładem będzie tu Gwyneth Paltrow, która otrzymała statuetkę w wieku 26 lat. Jej kariera po ceremonii rozdania Oskarów nie przebiegała już tak błyskotliwie, jak przed. Aktorka zaczęła przyjmować role w trzeciorzędnych produkcjach, kierując się właściwie jednym tylko kryterium wyboru – gażą. O mały włos nie złamała sobie przez to kariery. Paltrow, podobnie jak Renee Zellweger czy Nicole Kidman gra w filmach i nadal uważana jest za gwiazdę. Jednak prawdziwa kariera w Hollywood jest już za nimi. Dziś mogą jedynie przebierać w trzeciorzędnych, pretensjonalnych rolach.
W Hollywood mówi się nawet o przekleństwie Oskara, czyli o takich sytuacjach, w których wręczenie statuetki jest dla aktora końcem kariery lub zepchnięciem w zawodowy niebyt. Tak było na przykład w przypadku F. Murray Abrahama, który dostał Oskara za najlepszą rolę męską w „Amadeuszu”. Po tym szczęśliwym fakcie artysta zniknął całkowicie i nie zagrał już w żadnym liczącym się filmie.
W Polsce także mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem, choć zapewne względy które go spowodowały były inne. Za scenografię do „Listy Schindlera” Oskara otrzymała Ewa Braun. Po wręczeniu statuetki wydawać się mogło, że posypią się na nią propozycje ze wszystkich stron. Nic takiego się jednak nie stało. Przez długi czas scenografka pozostawała bezrobotna, nie otrzymywała żadnych propozycji. Czy to było „przekleństwo Oskara” czy tylko polskie piekiełko? Trudno dziś doprawdy dociec.
Gość
Komentarze (3)