2010-03-31, 07:01 | Po prostu życie
Cząsteczki spadły z nieba
Dziwne deszcze
To, co spada z nieba wraz z wodą, może budzić sensację i niedowierzanie. Mimo wielokrotnego potwierdzania przez naukowców fenomenu pod tytułem „żaby lecą z nieba z deszczem”, mało osób wierzy tak naprawdę w to, że coś może spaść na ziemię z chmury wypełnionej wodą. Nie zmieniają tu niczego dobrze widoczne na ulicach miast, żółto obrzeżone kałuże pojawiające się przy końcu maja i w pierwszej połowie czerwca. Kiedyś, gdy bez przerwy mówiono o zagrożeniu kwaśnymi deszczami, niezorientowani brali je za pierwszą oznakę katastrofy ekologicznej. Tymczasem żółty osad na kałużach to pyłek z kwiatów sosny unoszący się w wielkich ilościach w powietrzu w maju i czerwcu właśnie.
Nie tylko pyłki roślin spadają z nieba. Kilka lat temu w Dalmacji spadł deszcz żab wciągniętych do chmury przez tornado, które nie wiedzieć czemu pojawiło się nad jednym z jezior. W 1846 w stanie Iowa spadł grad wielkości kurzych jaj. Farmerzy, którzy oczyszczali swoje obejścia z lodowej kaszy znaleźli w gradowych kulkach zamarznięte żaby – żywe. W sierpniu 2000 roku prawdziwa ulewa szprotek spadła na angielskie miasto Great Yarmouth.
Fenomen deszczu padającego w stanie Kerala jest jednak innego rodzaju. Po pierwsze deszcz lał bez przerwy przez dwa miesiące, po drugie zaobserwowano go na obszarze w kształcie elipsy o długości 450 kilometrów i szerokości 150 kilometrów, po trzecie 85 proc. znajdującej się w nim czerwonej substancji spadło już w czasie pierwszych dziesięciu dni ulewy, po czwarte w końcu „to czerwone” w deszczu okazało się niezidentyfikowanymi komórkami o składzie chemicznym zbliżonym do materii biologicznej.
Na początku - panika
Stan Kerala to nie jest miejsce obfitujące w ludzi z uniwersyteckim wykształceniem, zanim więc próbki czerwonego deszczu znalazły się w rękach osób kompetentnych, ich obecność na Ziemi zinterpretowana została przez miejscowych kapłanów wszystkich odmian hinduizmu. Postawiona diagnoza nie wróżyła nic dobrego – czerwony deszcz to koniec świata, do tego rychły. Całe szczęście, że Indie zamieszkiwane są także przez urzędników państwowych i policjantów. Ci zignorowali przepowiednie proroków i zinterpretowali dziwne opady inaczej – naukowo. Na ziemię spadł pył niesiony z wiatrem znad pustyń Półwyspu Arabskiego, stwierdzili. Nie rozwiało to jednak wszystkich wątpliwości, pozostało pytanie – dlaczego pył spadł dopiero w lipcu, a nie na początku pory monsunów z wcześniejszymi ulewami?
Sprawą zajęli się naukowcy ze Szkoły Fizyki Teoretycznej i Stosowanej przy uniwersytecie w Kottayam – dr Godfrey Louis i jego asystent Santhosh Kumar. Podjęli oni trud weryfikacji wszystkich hipotez próbujących wyjaśnić fenomen czerwonego deszczu. Było tego naprawdę sporo. Według jednej z takich teorii w czerwonym deszczu znalazła się krew ptaków zabitych przez śmigła samolotów, według innej - krew nietoperzy, które eksplodowały (sic) w wyniku wybuchu meteorytu (dlaczego nietoperze eksplodują, kiedy spada meteoryt, autor hipotezy nie wyjaśnił). Pojawiły się także przypuszczenia, że czerwona barwa deszczu to wynik obecności zarodników glonów z gatunku Trentepoholia. Taką właśnie wersję przyjął rząd indyjski i ogłosił ją jako oficjalne wyjaśnienie dziwnego zjawiska.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dociekliwość wspomnianych wyżej fizyków. Przeprowadzili oni pomiary, z których jasno wynikało, że czerwona substancja spadła na ziemię w ilości 50 tysięcy kilogramów – 50 ton. Musiałyby więc znaleźć się tam zarodniki glonów Trenthepoholia z całej północnej półkuli. To nie wchodziło w rachubę.
„To czerwone” jak wspomnieliśmy, okazało się tajemniczymi molekułami o strukturze zbliżonej do białek. Stwierdził to dr Louis oglądając próbki substancji pod mikroskopem. Dziwne molekuły nie zawierały jednak tego, co zwykło się na naszej planecie określać jako esencję życia. Nie było w nich łańcucha DNA.
Fantastyczna hipoteza najbliższa prawdy
Od „dziwnych molekuł” do „kosmicznych molekuł” już tylko krok. Końcowe wnioski dr Louisa były następujące: do atmosfery ziemskiej nad stanem Kerala wtargnął meteoryt, eksplodował, a znajdujące się na nim cząsteczki podróżujące z Bóg jeden wie jakich zakątków kosmosu znalazły się w powietrzu i spadły razem z monsunową ulewą. Cząsteczki, jak się okazało, składały się z węgla – 50 proc. i tlenu – 45 proc., zawierały też niewielkie ilości sodu i żelaza. Dr Louis stwierdził także, że mają one zdolność dzielenia się.
Oczywiście nikt nie uwierzył w jego teorię, a właściwie prawie nikt. Hinduski naukowiec znalazł sojusznika na Uniwersytecie w Cardiff (Walia) w osobie najsłynniejszego krzewiciela teorii panspermii, profesora Chandry Wickramasinghe’a.
Teoria panspermii narodziła się w 1908 roku w laboratorium szwedzkiego chemika Svante Arrheniusa, który doszedł do wniosku, że życie jest w kosmosie przenoszone przez komety i meteoryty. Na tych obiektach podróżują zarodniki życia – organizmy jednokomórkowe, od których rozpoczyna się ewolucja na poszczególnych globach. Życie na Ziemi rozwinęło się właśnie w ten sposób – coś „zapłodniło” naszą planetę.
Teoria ta została zapomniana na długie lata, odkryli ją ponownie Chandra Wickramasinghe i astronom Fred Hoyle w połowie lat osiemdziesiątych. Ich wystąpienia nie cieszyły się jednak uznaniem środowisk naukowych. Dziś jednak teoria panspermii przeżywa prawdziwy renesans, okazało się bowiem, że w pyle międzygwiezdnym, w meteorytach i jądrach komet zidentyfikowano złożone substancje organiczne.
Sprawą czerwonego deszczu z Kerali zainteresowali się mikrobiolodzy. Dr Milton Wainwright stwierdził, że czerwone molekuły są nieznanymi komórkami – żyją. Brak DNA niczego tu nie zmienia, obce bakterie nie muszą mieć przecież DNA. Po tych stwierdzeniach dr Godfrey Louis przestał by traktowany jak szarlatan. Jego teoria została omówiona nawet w marcowym numerze magazynu „New Scientist”, a także w periodyku „Astrophysics and Space Science”.
Pojawiły się jednak od razu opinie sceptyków, którzy twierdzą, że nad stanem Kerala rozbił się samolot wojskowy, z którego wypłynęło 50 ton oleju hydraulicznego. Pozornie wiarygodne, tyle że nie istnieją samoloty zabierające na pokład takie ilości tej substancji. Astrofizyk z Belfastu, Alan Fitzsimmons stwierdził wprawdzie, że w czasie, gdy doszło do czerwonych opadów nie stwierdzono w pobliżu Ziemi obecności komety ani meteorytu. Nie wykluczył jednak, że „to czerwone” to kosmiczne życie, które przybyło na naszą planetę, by ją odmienić. Badania nad kosmicznymi molekułami trwają nadal.
Gość