21 komentarzy | dodaj komentarz ›

2010-05-15, 07:11 | Po prostu życie

Arcydzieła czy gnioty?

filmy  kinematografia  Peter Weir  Martin Scorsese  Robert de Niro  Roman Polański  Jerzy Kawalerowicz 

filmy, kinematografia, Peter Weir, Martin Scorsese, Robert de Niro, Roman Polański, Jerzy Kawalerowicz, zdjęcie, fotografia
W czasach, kiedy roczna produkcja filmowa stanowiła zaledwie ułamek tego, co wytwórnie wypuszczają na rynek dzisiaj, krytyka z lubością doklejała rozmaitym filmom etykietki z napisem „arcydzieło”. Ten nieco już zapomniany proceder spowodował, że przez długie lata żyliśmy w tyranii kanonu filmowego ułożonego przez nie wiadomo kogo dla nie wiadomo jakich celów. Dotyczyło to zarówno krajów bloku wschodniego, jak i wolnego świata. Dziś na szczęście, ze względu na liczbę produkowanych filmów nikomu już nie chce się tyranizować publiczności swoimi pokręconymi ocenami pięknej rozrywki, jaką bez wątpienia jest kino.

Jedno z największych ideologicznych fałszerstw okresu po II wojnie światowej da się streścić dwoma słowami „kino ambitne”. Chodziło o takie filmy, które prócz rozrywki niosły ze sobą jeszcze jakieś przesłanie (tak jakby nie mogły go nieść lekkie i wesołe obrazy). Filmy takie były okrzykiwane arcydziełami, a ich twórcy - geniuszami. Przesłanie, które niosły owe dzieła, było z reguły infantylne i głupawe, a forma użyta do jego prezentacji - prymitywna w porównaniu z dzisiejszymi możliwościami kina.

Jakoś tak się zawsze układało, ze szczególnym wskazaniem na kino polskie, że im bardziej ambitny był film w zamiarach reżysera, tym gorszymi ujęciami go kręcono. Treść przewyższała formę i to było uznawane. Nikt nie protestował i nikt się nie oburzał. Historie o facetach, którzy kochają lub cierpią mogły być nakręcone „z ręki”, przez partacza, a i tak uznawano je z miejsca za znakomite. Oczywiście – w krajach komunistycznych dużo znaczyło nazwisko reżysera i jego powiązania z PZPR. Na zachodzie zaś o tym, jak film będzie oceniony, decydowało jego przesłanie. Im bardziej humanitarne, tym film był lepszy i bardziej ceniony przez krytykę. Oczywiście widzowie w Wielkiej Brytanii czy USA mieli w nosie opinie krytyków i chodzili na te filmy, które im się podobały. W Polsce jednak kino i wiedza o nim były wyznacznikiem pewnego towarzyskiego prestiżu, należało więc o filmach mówić w taki sam sposób, w jaki robili to redaktorzy z takich pism, jak „Ekran” czy „Film”.

Kinem ambitnym katowano nas w telewizji i zmuszano do jego oglądania aranżując zbiorowe, szkolne wyjścia na projekcję. Najgorszym ambitnym filmem, jaki udało mi się obejrzeć był obraz Jerzego Kawalerowicza Austeria”. Bezsens tego filmu polega na nierównym tempie i mnożeniu postaci, które mają coś do powiedzenia. Film jest przeładowany pseudogłębokimi scenami, metafora miesza się z dosadnością a kamera trzęsie się przez cały czas projekcji, jakby trzymał ją operator, który dzień wcześniej bawił się na imieninach u pani Krysi. Film ten okrzyknięto arcydziełem dlatego, że występują tam aktorzy poprzebierani za chasydów i udają, że znany im jest chasydzki folklor i chasydzka kultura. Pieśni śpiewane przez tych przebierańców - nie wiedzieć czemu w języku polskim - służą wyłącznie kokietowaniu widza i niczemu więcej. Horrendalna jest scena końcowa, kiedy chasydzi biegną kąpać się w rzece, która właśnie znajduje się pod ostrzałem niewidocznych dla widza armat. Człowiek myśli w czasie oglądania tej sceny, że oto mamy do czynienia z symbolem, z antycypacją zagłady, z ostrzeżeniem. Gdzie tam! Ruskie armaty roznoszą nieszczęsnych chasydów w pył, trupy i krew płyną rzeką naprawdę. W tym samym czasie reżyser zabawia się budowaniem ciężkich od symboliki scen, gdzie postacie rosyjskich oficerów nabierają biblijnej niemal charyzmy. Zły film, źle zrobiony i źle opisany, który całe szczęście nie jest już nikomu pokazywany i miejmy nadzieję, że nigdy nie będzie.


Innym filmem okrzykniętym arcydziełem, a mającym wszelkie cechy gniota jest „Nóż w wodzieRomana Polańskiego. Jeśli młody reżyser w kraju komunistycznym kręci film o tym, że redaktor jakiejś gazety jedzie z żoną w niedzielę nad jezioro, bo ma tam własny jacht i podróżuje przy tym własnym samochodem, to znaczy, że reżyser ów żył w jakimś innym kraju niż jego widzowie. Niemożliwe jest, by w roku 1961 facet, który jest dziennikarzem sportowym, a nie dygnitarzem partyjnym lub wysokim oficerem wojska albo milicji miał samochód i jacht. To oczywiste dla wszystkich, tylko nie dla Polańskiego, który rozgrywa swój „mistrzowski” dramat pomiędzy trojgiem ludzi, którzy spotkali się przypadkiem.
Przypadkowy autostopowicz uwodzi żonę rzekomego dziennikarza, a ta  opowiada mężowi, że go zdradziła. Musiałaby być owa kobiecina chora na umyśle, żeby ryzykować wypędzenie z mieszkania w dobrej dzielnicy dla ubeków i utratę przywilejów, samochodu i jachtu tylko po to, żeby upokorzyć swojego męża aroganta. To jest psychologia rodem z „Planety małp”, a nie z prawdziwego życia, na co właśnie sadził się Polański w tym filmie. Nawet jeśli rzeczywiście rzeczona żona zdradziłaby męża - prominenta z przypadkowym, biednym jak mysz kościelna i nic nie znaczącym studentem, to wobec roztaczającej się wokół nędzy i beznadziei (rok 1961), nie ujawniłaby tego faktu lekkomyślnie tylko po to, by reżyser Polański miał temat na film. Zupełnie nie wiadomo dlaczego obraz ów został nominowany do Oskara. Całe szczęście nie dostał nagrody. Chwała jurorom.


Najgłupszym filmem zagranicznym, który okrzyknięty został arcydziełem, jest obraz zatytułowany „Taksówkarz” z Robertem De Niro w roli głównej. Ten pocieszny ciąg absurdalnych sytuacji ma pointę wyciągniętą wprost z programu o „Teletubisiach”, którą da się streścić w słowach – pamiętajcie drogie dzieci, nie wszystko złoto co się świeci. Otóż mamy tam młodego frustrata, który jest oczywiście weteranem z Wietnamu. Frustrat próbuje znaleźć sobie bezskutecznie dziewczynę. Nie może, no bo żadna nie chce umawiać się z szajbusem. W końcu jedna się zgadza; jest to pracownica firmy zajmującej się przygotowywaniem kampanii prezydenckiej jakiegoś pana kandydującego na najwyższy urząd. Nasz świr – De Niro – prowadza ją do kin porno i potem dziwi się jeszcze, że ona stamtąd ucieka. W między czasie poznaje nastoletnią prostytutkę, która różni się wszystkim od jego sympatii współpracującej z kandydatem na prezydenta. Jest wulgarna, okrutna, zepsuta i po prostu zła. Tyle że De Niro odkrywa dzięki niej, iż jest człowiekiem i odnajduje sens w życiu. Nie mógł go znaleźć przy dobrze ułożonej dziewczynie z klasy średniej, ale znalazł przy całkiem stoczonej, małoletniej dziwce. Czyż to nie piękne? W dodatku ona okazuje się być w głębi duszy czystym i wrażliwym dzieckiem, które poszukuje prawdziwej miłości. De Niro za pomocą wyniesionych z wojska umiejętności robi porządek z alfonsami małej kurewki i jakby było mu mało, próbuje zabić kandydata na prezydenta, któremu pomaga jego (była już) dziewczyna. To zemsta za to, że ona go nie rozumiała. W filmie chodzi o to, że skarby można znaleźć nawet w rynsztoku, a to co wydaje się złotem na początku, może na końcu okazać się czymś zupełnie innym.


Kanon filmowych arcydzieł zaczął ostatnimi czasy pękać w szwach, przybywa nam bowiem wykształconych recenzentów, którzy też chcą mieć swój udział w tworzeniu „wielkiego kina”. Piszą więc, piszą i piszą. Opiewają i opiewają te arcydzieła produkowane dziś z prędkością odrzutowca. Musimy liczyć się z tym, że „genialnych filmów” będzie przybywać, a tych normalnych do oglądania będzie coraz mniej. No, ale cóż robić. Producent nie po to wykłada kasę na filmy, żeby mu potem pismacy chrzanili, że zrobił słabe i wtórne dzieło.

Dajmy jednak spokój prehistorii kina i przyjrzyjmy się świeższym arcydziełom, może nie takim wprost spod igły, ale takim, które utrzymują się na top listach od kilkunastu lat.

Najbardziej rozreklamowanym gniotem, który uważany jest za arcydzieło, jest film Petera Weira zatytułowany „Piknik pod wiszącą skałą”. Historia ta należy do takiego nurtu w kinie, który opiewa triumf natury nad człowiekiem. Scenerię takich triumfów zwykle tworzą dekoracje rodem z czasów, kiedy człowiek, jakby na to nie patrzeć, podporządkowywał dobie przyrodę. Oto jesteśmy więc u schyłku epoki wiktoriańskiej, w dominiach korony brytyjskiej czyli w Australii, gdzie zasuszona pani Appleyard prowadzi pensję dla dziewcząt z najbogatszych rodzin. Akcja nasączonego symboliką dzieła rozgrywa się w dzień świętego Walentego, patrona zakochanych. Panny z pensji, odziane od stóp do głów w gorsety, koronki i pończoszki ruszają na piknik pod najbardziej niezwykłe miejsce w całej okolicy – pod wiszącą skałę. Geologiczny twór pamięta zapewne, jak wykluwały się z jaj dinozaury i jak przerażona czworonożna istota, bez odpowiedniego do przetrwania uzębienia, stawała na tylne nogi, chwytając jednocześnie gałąź w niezgrabną łapę. Pod ową wiszącą skałą, będącą symbolem złowieszczych sił natury drzemiących w trzewiach Ziemi od milionów lat, obozują dobrze ułożone panienki z pensji pani Appleyard. Nagle trzy z nich postanawiają wyruszyć na wycieczkę w głąb wiszącej skały. Idą, idą i idą, aż w końcu znikają. Przyroda pochłonęła je za karę, ponieważ sprofanowały sacrum, o którego istnieniu nie miały pojęcia.

Film wywoływał swego czasu potężne podniecenie wśród studentów kierunków humanistycznych. Traktowano go jak obowiązkową lekturę dla każdego, kto śmie aspirować do miana inteligenta. Kiedy ogląda się ten film dzisiaj, rażą nie tyle uproszczenia, co beznadziejnie trywialna konfrontacja natury i kultury. Arogancja człowieka musi być ukarana i właściwie nie wiadomo, dlaczego kara ta spotyka niewinne i najbardziej sympatyczne dziewczyny w okolicy. Najlepsze jest jednak to, że cały film robiony jest tak, jakby wydarzenia 14 lutego 1901 roku pod Wiszącą Skałą miały miejsce naprawdę. Nigdzie nie jest powiedziane, że to tylko ekranizacja słabej i męczącej powieści Joan Lindsay. Książka ta kiedyś, dawno temu bardzo się podobała i czytały ją wszystkie pensjonarki, jak Imperium Brytyjskie długie i szerokie, ale było to dawno i temat nieco się zleżał, a emocje wyparowały.


Nie przeszkadza to jednak głosić, że nakręcony według tej powieści film jest skończonym arcydziełem i dowodem geniuszu Petera Weira – człowieka, który stworzył pierwszy film z gatunku określanego dziś mianem komedii romantycznej. Film ten nazywał się „Zielona Karta” i nie różnił się niczym od innych podobnie przeciętnych produkcji.

GM

Komentarze (21)

  • Poziom jak zwykle, żenada.
    Gość 12:45 (15.05.2010)
  • Gratuluje! Naprawdę sztuką jest napisanie tak żenującego merytorycznie artykułu. Uwielbiam jak ludzie robią z siebie debili, aby pokazać jacy są "pod prąd". Mam nadzieję, że właśnie dlatego ten artykulik został napisany, bo nie chcę do końca utracić wiary w intelekt ludzki.
    Gość 12:54 (15.05.2010)
  • Oleee debil weź już nie piszwięcej
    krytykFilmowy 14:35 (15.05.2010)
  • jedyne co autorzyna tego tekściku powyżej wyniósłby z kina po dobrym (nie tylko w moim mniemaniu) filmie, to kubełek po popcornie, więc może niech nie męcczy się toto i zajmie czytaniem gazet i oglądaniem telewizji, jak mu wykształcenia i wrażliwości braknie do percepcji wartości, które wartościowe filmy niosą.
    ogarnij się dzieciaku i idź na s 15:48 (15.05.2010)
  • za wiele głupot, przesądów i pseudokrytyki w pierwszej częśći tekścidłą bym doczytał do końca. Pluj dzieciaku dalej pod wiatr na pewno będzie ci z tym do twarzy.
    palancie pod wiszącą skałą 15:51 (15.05.2010)
  • Ja p***, że "nóż w wodzie" nie mógł sie nigdy odbyć- who cares? Nie pobowiązuje tu zasada mimezis przecież!. A "Gwiezdne Wojny" wg. autore też są niemożliwe, bo nie ma mieczy świetlnych? wiesz idioto co to wyobraxnia?
    AS 16:11 (15.05.2010)
  • taksowkarz i noz w wodzie to swietne filmy. niestety autor uwaza, ze gloszenie teorii wbrew opinii ogolu , zawsze zagwarantuje orginalny i dobry artykul
    Gość 19:05 (15.05.2010)
  • Autor: Gość

    taksowkarz i noz w wodzie to swietne filmy. niestety autor uwaza, ze gloszenie teorii wbrew opinii ogolu , zawsze zagwarantuje orginalny i dobry artykul


    Myli się niestety, i to nie po raz pierwszy.

    Gość 20:15 (15.05.2010)
  • Dla mnie najgorszy film jaki widziałem to "Wojna Polsko-Ruska" - nikt mi nie potrafi wytłumaczyć na czym polega fenomen tego filmu bo ludzie dzielą się na "prymitywów którzy nie zrozumieli filmu bo są za płytcy intelektualnie" oraz "geniuszy intelektu którzy film zrozumieli, ale nie będą zniżać się do poziomu prymitywów i im tłumaczyć bo oni i tak nie zrozumieją".
    fan_wojny 20:53 (15.05.2010)
  • To może dla kontrastu trzeba było podać przykłady filmów, które według autora powyższego artykułu SĄ arcydziełami. A tak w ogóle to to jest jakiś nowy trend? Zamiast iść na przekór miałkiej i płytkiej popkulturze, staje się w opozycji to tego co jest przeciw miałkiej i płytkiej popkulturze, a więc... już nie wiem co z tego wychodzi. Jak już wcześniej pisałem ciekawi mnie, co w takim razie można nazwać arcydziełem filmowym. Serial Klan? Przecież to takie życiowe... (no może za często rączki myją).
    kinomaniak 21:56 (15.05.2010)
1-10 z 21

Na żywo

  • nie wiem mnie to nie szokuje

    Gość 22:20 (15.02.2011)

    Trumny i modelki

  • Właśnie... ubranie przeznaczone dla studenta, którego nie może kupić :D hahaha

    Gość 15:46 (15.02.2011)

    Ubiór dla studenta

  • co za bzdurny tekst!!! autor chyba nie doczytał czym jest aseksualność!!!!!

    Gość 00:31 (13.02.2011)

    Może właśnie ty jesteś aseksualny?

  • Autor: 1410

    Autor:Autor: Pilot

    Za złomowe F-16 mogliśmy wyposażyć nasze wojsko w MiGi.Jeżeli kaczory czują wstręt do Rosji,to można było zamówić samoloty w Szwecji lub we Francji,ale u Europejskiego producenta.Chodzi o możliwość remontów w pobliskich bazach..F-16 bez bazy remontowej, pójdą szybko na zlom.Dla PiS-u nawet gówno amerykańskie uchodzi za złoto.


    Tyle tylko, że wszystkie wymienione przez ciebie konstrukcje mają wady:
    - Gripen jest samolotem stosunkowo młodym i niedopracowanym (vide samoistne katapultowanie pilota podczas ostrego manewru)
    - Rafale, ta konstrukcja jest używana jedynie przez Francję. Dlatego też uzbrojenie jakie przenosi, nie poraża (chodzi tu o wymienność rodzajów broni-np. amerykanskich pocisków sidewinder lub amraam)

    Gość 23:33 (12.02.2011)

    MIG-29, najlepszy samolot Układu Warszawskiego

  • Autor: matewek


    hahahah odwarzny sie znalazl, jesli masz 100lat to ok zwracam honor. ale jesli masz od 10-30lat nie pisz ze jestges taki NIEUSTRASZONY bo sie zdziwisz


    Nie piszę, że jestem nieustraszony. Po prostu horrory nie wywierają na mnie zamierzonego przez ich twórców wrażenia. Nawet podczas oglądania horroru, który jest powszechnie uznawany przez fanów za film najwyższej klasy nie czuję napięcia, rosnącej dramaturgii, ani nie wczuwam się w pieczołowicie budowany nastrój. Zamiast tego znajduję wiele niedoróbek, albo kuriozalnych (w założeniu twórców pewnie nieziemsko strasznych) scen, które mnie po prostu bawią do łez. W sumie to może nawet trochę żałuję bo (jak twierdzą moi znajomi - fani horrorów) omija mnie niezła rozrywka i kawałek dobrego kina, ale cóż wychodzi na to że ten gatunek sztuki po prostu nie jest dla mnie.

    Polecam Ci Hostel. Ale... Wiadom 22:27 (11.02.2011)

    Najlepsze horrory według mistrza Scorsese

  • Autor: .

    ...Co w tym przyjemnego?


    Orgazm jest przyjemny. Albo coś z Tobą nie tak.

    Gość 11:30 (10.02.2011)

    Seks dla świętego spokoju

  • Autor: Gość

    Autor:Autor: Malina

    dziewczyna aka "Aśka" w tym artyule powinna dostac w glupi leb,bo rzeczy ktore wygaduje w tym reportazu to jakies wierutne bzdury.W zyciu na zywo nie miala okazji ogladac tych jakze pieknych stworzen,a rzuca pod ich adresem same oszczerstwa.Logicznym jest tez ze ptasznik nie wyjdzie z toalety tylko po to zeby ugryzc taka panne w zakłaczona dupe...wiadomo ze ptaszniki nie lubia nadmiaru wody,sa tez za czyste zeby lazic po zasranych gnojem rurach....Ludzie ktorzy maja nieuzasadniony lek wobec pajakow (a juz tym bardziej jesli nie mieli z nimi stycznosci) sa posmiewiskiem...



    malina to ty jestes posmiewiskiem i nienormalnym czlowiekiem, bo tylko taki moze pozytywnie wyrazac sie na temat hodowli pajakow - ptasznikow w domu. Jak pewnie wiesz - jak powinnas wiedziec - nie sa to bynajmniej domowe stworzenia i uzasadniony jest lek przed nimi. Zycze by to wlasnie ciebie taki jadowity ptasznik ugryzl w

    Anonymous 14:44 (09.02.2011)

    Po co ludzie hodują gady i pająki?

  • Jadowite węże? Przecież w Polsce nie można hodować jadowitych!!! Ten fakt tylko kity wciska, żeby ludzie mieli co czytać.

    Anonymous 14:42 (09.02.2011)

    Po co ludzie hodują gady i pająki?

  • Autor: anonim

    Duzo by o tym pisac...
    Mam 50 lat i wciaz lecze traumy powstale w dziecinstwie. Szkola, kolonie, rowiesnicy, dom rodzinny, molestowanie.
    Wtedy nie bylo psychologow itp w szkolach, nauczyciele z lapanki nieduoczeni z brakami dydaktycznymi wybierali sobie taka ofiare i dawali klasie jak na talerzu. Zwykle byla to osoba o ktora nikt sie nie upomnial, ktorej nikt nie obronil.

    zdziwisz się ale ale nadal nie ma żadnej pomocy i nauczyciele się nie zmienili, kur*** myślałem, że tylko ja mam takie przeżycia ale skoro jest o tym cały artykuł i większość rzeczy się zgadza... sam nie wiem czy się cieszyć, że nie jestem sam czy smucić, że nie jestem jakiś oryginalny... chociaż w sumie to nie powód do dumy ale wydaje mi się, że moje dzieciństwo to było piekło... ale chciałbym się uporać ze swoimi traumami przynajmniej tymi z dzieciństwa... a teraz jestem w liceum nie daje sobie rady wszystko się nawarstwia problemy

    Gość 23:18 (05.02.2011)

    Traumy z dzieciństwa

  • Wyglada to nieapetycznie. Takie akcje mozna promowac w inny, mniej razace oczy, sposob.

    ona 11:30 (05.02.2011)

    Towarzystwo Ochrony Zwierząt

Wcześniejsze komentarze