2010-05-15, 07:11 | Po prostu życie
Arcydzieła czy gnioty?
Jedno z największych ideologicznych fałszerstw okresu po II wojnie światowej da się streścić dwoma słowami „kino ambitne”. Chodziło o takie filmy, które prócz rozrywki niosły ze sobą jeszcze jakieś przesłanie (tak jakby nie mogły go nieść lekkie i wesołe obrazy). Filmy takie były okrzykiwane arcydziełami, a ich twórcy - geniuszami. Przesłanie, które niosły owe dzieła, było z reguły infantylne i głupawe, a forma użyta do jego prezentacji - prymitywna w porównaniu z dzisiejszymi możliwościami kina.
Jakoś tak się zawsze układało, ze szczególnym wskazaniem na kino polskie, że im bardziej ambitny był film w zamiarach reżysera, tym gorszymi ujęciami go kręcono. Treść przewyższała formę i to było uznawane. Nikt nie protestował i nikt się nie oburzał. Historie o facetach, którzy kochają lub cierpią mogły być nakręcone „z ręki”, przez partacza, a i tak uznawano je z miejsca za znakomite. Oczywiście – w krajach komunistycznych dużo znaczyło nazwisko reżysera i jego powiązania z PZPR. Na zachodzie zaś o tym, jak film będzie oceniony, decydowało jego przesłanie. Im bardziej humanitarne, tym film był lepszy i bardziej ceniony przez krytykę. Oczywiście widzowie w Wielkiej Brytanii czy USA mieli w nosie opinie krytyków i chodzili na te filmy, które im się podobały. W Polsce jednak kino i wiedza o nim były wyznacznikiem pewnego towarzyskiego prestiżu, należało więc o filmach mówić w taki sam sposób, w jaki robili to redaktorzy z takich pism, jak „Ekran” czy „Film”.
Kinem ambitnym katowano nas w telewizji i zmuszano do jego oglądania aranżując zbiorowe, szkolne wyjścia na projekcję. Najgorszym ambitnym filmem, jaki udało mi się obejrzeć był obraz Jerzego Kawalerowicza „Austeria”. Bezsens tego filmu polega na nierównym tempie i mnożeniu postaci, które mają coś do powiedzenia. Film jest przeładowany pseudogłębokimi scenami, metafora miesza się z dosadnością a kamera trzęsie się przez cały czas projekcji, jakby trzymał ją operator, który dzień wcześniej bawił się na imieninach u pani Krysi. Film ten okrzyknięto arcydziełem dlatego, że występują tam aktorzy poprzebierani za chasydów i udają, że znany im jest chasydzki folklor i chasydzka kultura. Pieśni śpiewane przez tych przebierańców - nie wiedzieć czemu w języku polskim - służą wyłącznie kokietowaniu widza i niczemu więcej. Horrendalna jest scena końcowa, kiedy chasydzi biegną kąpać się w rzece, która właśnie znajduje się pod ostrzałem niewidocznych dla widza armat. Człowiek myśli w czasie oglądania tej sceny, że oto mamy do czynienia z symbolem, z antycypacją zagłady, z ostrzeżeniem. Gdzie tam! Ruskie armaty roznoszą nieszczęsnych chasydów w pył, trupy i krew płyną rzeką naprawdę. W tym samym czasie reżyser zabawia się budowaniem ciężkich od symboliki scen, gdzie postacie rosyjskich oficerów nabierają biblijnej niemal charyzmy. Zły film, źle zrobiony i źle opisany, który całe szczęście nie jest już nikomu pokazywany i miejmy nadzieję, że nigdy nie będzie.
Innym filmem okrzykniętym arcydziełem, a mającym wszelkie cechy gniota jest „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Jeśli młody reżyser w kraju komunistycznym kręci film o tym, że redaktor jakiejś gazety jedzie z żoną w niedzielę nad jezioro, bo ma tam własny jacht i podróżuje przy tym własnym samochodem, to znaczy, że reżyser ów żył w jakimś innym kraju niż jego widzowie. Niemożliwe jest, by w roku 1961 facet, który jest dziennikarzem sportowym, a nie dygnitarzem partyjnym lub wysokim oficerem wojska albo milicji miał samochód i jacht. To oczywiste dla wszystkich, tylko nie dla Polańskiego, który rozgrywa swój „mistrzowski” dramat pomiędzy trojgiem ludzi, którzy spotkali się przypadkiem.
Przypadkowy autostopowicz uwodzi żonę rzekomego dziennikarza, a ta opowiada mężowi, że go zdradziła. Musiałaby być owa kobiecina chora na umyśle, żeby ryzykować wypędzenie z mieszkania w dobrej dzielnicy dla ubeków i utratę przywilejów, samochodu i jachtu tylko po to, żeby upokorzyć swojego męża aroganta. To jest psychologia rodem z „Planety małp”, a nie z prawdziwego życia, na co właśnie sadził się Polański w tym filmie. Nawet jeśli rzeczywiście rzeczona żona zdradziłaby męża - prominenta z przypadkowym, biednym jak mysz kościelna i nic nie znaczącym studentem, to wobec roztaczającej się wokół nędzy i beznadziei (rok 1961), nie ujawniłaby tego faktu lekkomyślnie tylko po to, by reżyser Polański miał temat na film. Zupełnie nie wiadomo dlaczego obraz ów został nominowany do Oskara. Całe szczęście nie dostał nagrody. Chwała jurorom.
Najgłupszym filmem zagranicznym, który okrzyknięty został arcydziełem, jest obraz zatytułowany „Taksówkarz” z Robertem De Niro w roli głównej. Ten pocieszny ciąg absurdalnych sytuacji ma pointę wyciągniętą wprost z programu o „Teletubisiach”, którą da się streścić w słowach – pamiętajcie drogie dzieci, nie wszystko złoto co się świeci. Otóż mamy tam młodego frustrata, który jest oczywiście weteranem z Wietnamu. Frustrat próbuje znaleźć sobie bezskutecznie dziewczynę. Nie może, no bo żadna nie chce umawiać się z szajbusem. W końcu jedna się zgadza; jest to pracownica firmy zajmującej się przygotowywaniem kampanii prezydenckiej jakiegoś pana kandydującego na najwyższy urząd. Nasz świr – De Niro – prowadza ją do kin porno i potem dziwi się jeszcze, że ona stamtąd ucieka. W między czasie poznaje nastoletnią prostytutkę, która różni się wszystkim od jego sympatii współpracującej z kandydatem na prezydenta. Jest wulgarna, okrutna, zepsuta i po prostu zła. Tyle że De Niro odkrywa dzięki niej, iż jest człowiekiem i odnajduje sens w życiu. Nie mógł go znaleźć przy dobrze ułożonej dziewczynie z klasy średniej, ale znalazł przy całkiem stoczonej, małoletniej dziwce. Czyż to nie piękne? W dodatku ona okazuje się być w głębi duszy czystym i wrażliwym dzieckiem, które poszukuje prawdziwej miłości. De Niro za pomocą wyniesionych z wojska umiejętności robi porządek z alfonsami małej kurewki i jakby było mu mało, próbuje zabić kandydata na prezydenta, któremu pomaga jego (była już) dziewczyna. To zemsta za to, że ona go nie rozumiała. W filmie chodzi o to, że skarby można znaleźć nawet w rynsztoku, a to co wydaje się złotem na początku, może na końcu okazać się czymś zupełnie innym.
Kanon filmowych arcydzieł zaczął ostatnimi czasy pękać w szwach, przybywa nam bowiem wykształconych recenzentów, którzy też chcą mieć swój udział w tworzeniu „wielkiego kina”. Piszą więc, piszą i piszą. Opiewają i opiewają te arcydzieła produkowane dziś z prędkością odrzutowca. Musimy liczyć się z tym, że „genialnych filmów” będzie przybywać, a tych normalnych do oglądania będzie coraz mniej. No, ale cóż robić. Producent nie po to wykłada kasę na filmy, żeby mu potem pismacy chrzanili, że zrobił słabe i wtórne dzieło.
Dajmy jednak spokój prehistorii kina i przyjrzyjmy się świeższym arcydziełom, może nie takim wprost spod igły, ale takim, które utrzymują się na top listach od kilkunastu lat.
Najbardziej rozreklamowanym gniotem, który uważany jest za arcydzieło, jest film Petera Weira zatytułowany „Piknik pod wiszącą skałą”. Historia ta należy do takiego nurtu w kinie, który opiewa triumf natury nad człowiekiem. Scenerię takich triumfów zwykle tworzą dekoracje rodem z czasów, kiedy człowiek, jakby na to nie patrzeć, podporządkowywał dobie przyrodę. Oto jesteśmy więc u schyłku epoki wiktoriańskiej, w dominiach korony brytyjskiej czyli w Australii, gdzie zasuszona pani Appleyard prowadzi pensję dla dziewcząt z najbogatszych rodzin. Akcja nasączonego symboliką dzieła rozgrywa się w dzień świętego Walentego, patrona zakochanych. Panny z pensji, odziane od stóp do głów w gorsety, koronki i pończoszki ruszają na piknik pod najbardziej niezwykłe miejsce w całej okolicy – pod wiszącą skałę. Geologiczny twór pamięta zapewne, jak wykluwały się z jaj dinozaury i jak przerażona czworonożna istota, bez odpowiedniego do przetrwania uzębienia, stawała na tylne nogi, chwytając jednocześnie gałąź w niezgrabną łapę. Pod ową wiszącą skałą, będącą symbolem złowieszczych sił natury drzemiących w trzewiach Ziemi od milionów lat, obozują dobrze ułożone panienki z pensji pani Appleyard. Nagle trzy z nich postanawiają wyruszyć na wycieczkę w głąb wiszącej skały. Idą, idą i idą, aż w końcu znikają. Przyroda pochłonęła je za karę, ponieważ sprofanowały sacrum, o którego istnieniu nie miały pojęcia.
Film wywoływał swego czasu potężne podniecenie wśród studentów kierunków humanistycznych. Traktowano go jak obowiązkową lekturę dla każdego, kto śmie aspirować do miana inteligenta. Kiedy ogląda się ten film dzisiaj, rażą nie tyle uproszczenia, co beznadziejnie trywialna konfrontacja natury i kultury. Arogancja człowieka musi być ukarana i właściwie nie wiadomo, dlaczego kara ta spotyka niewinne i najbardziej sympatyczne dziewczyny w okolicy. Najlepsze jest jednak to, że cały film robiony jest tak, jakby wydarzenia 14 lutego 1901 roku pod Wiszącą Skałą miały miejsce naprawdę. Nigdzie nie jest powiedziane, że to tylko ekranizacja słabej i męczącej powieści Joan Lindsay. Książka ta kiedyś, dawno temu bardzo się podobała i czytały ją wszystkie pensjonarki, jak Imperium Brytyjskie długie i szerokie, ale było to dawno i temat nieco się zleżał, a emocje wyparowały.
Nie przeszkadza to jednak głosić, że nakręcony według tej powieści film jest skończonym arcydziełem i dowodem geniuszu Petera Weira – człowieka, który stworzył pierwszy film z gatunku określanego dziś mianem komedii romantycznej. Film ten nazywał się „Zielona Karta” i nie różnił się niczym od innych podobnie przeciętnych produkcji.
Gość
Komentarze (21)
Myli się niestety, i to nie po raz pierwszy.