2010-06-02, 07:11 | Pieniądze + styl życia
Zdrada – sposób na miliony
Załóżmy, że zleceniodawcą jest pan Chrząkalski. Ma 50 lat, jest dobrze sytuowany i właśnie zatrudnił śliczną asystentkę, w której zakochał się bez pamięci. Na drodze do ich szczęścia stoi jednak ta sama od 30 lat żona. Do niedawna, otrucie byłoby jedyną opcją pana Chrząkalskiego. Dziś wystarczy, że zadzwoni do pana Osamu Tomiyi i zamówi podstawowy pakiet z oferty firmy, która zatrudnia wytrawnych „Splitter-uppersów” – „Rozbijaczy związków”. Pan Tomiya, po uiszczeniu honorarium, zastawia sidła.
Najpierw, podczas zakupów, w salonie piękności lub w kawiarni jedna z pracownic nawiązuje kontakt z małżonką, tu panią Chrząkalską. Kilka razy spotykają się na kawie i ploteczkach, w końcu nowa przyjaciółka wyciąga znudzoną żonę do klubu. Tam przysiadają się nowi znajomi, wśród nich zabójczo przystojny mężczyzna, który zaczyna emablować panią Chrząkalską. Ta, niezbyt ostatnio rozpieszczana przez męża, szybko daje się złapać na komplementy i atencję. Kilka mocnych drinków później kochankowie lądują w hotelu. Rano w szklance pani Chrząkalskiej lądują trzy aspiryny na ból głowy, a na biurku pana Chrząkalskiego komplet kompromitujących zdjęć już wkrótce byłej żony. Teraz wystarczy iść do sądu i po kłopocie.
Wiele miejsca nowej usłudze poświęcił ostatnio brytyjski The Times. Dziennikarze gazety dotarli nawet do samego Osamu Tomiyi, który z chęcią opowiedział o bogactwie oferty, którą proponuje (był jedynym z ponad 270 mistrzów tego fachu, który zgodził się rozmawiać z prasą). Pomaga nie tylko podstarzałym mężom, ale także przyszłym teściowym, które niespecjalnie pochwalają uczuciowy wybór ukochanego syna lub córki, a nawet pracodawcom, którzy chcą się pozbyć kłopotliwego pracownika. Sam Tomiya uważa się artystę, kogoś w rodzaju reżysera i scenarzysty w jednym. W swojej firmie zatrudnia profesjonalnych aktorów, głównie z branży porno, którzy nie zadają zbyt wielu pytań w kwestii etycznej podstawy działania interesu. Zaaranżowanie zdrady nie jest tanie i średnio kosztuje ok. 15 tysięcy dolarów. Skuteczność „Splitter-uppers” sięga jednak prawie 100 procent. Psychologowie i etycy biją na alarm, ale póki jest popyt na tego rodzaju usługi, z pewnością zrównoważy je podaż. Szczególnie, że zgodnie z prawem firmy tego typu nie łamią przepisów (nie dopuszczają się bowiem szantażu, a jedynie zapewniają środki, które go umożliwiają).
W Polsce póki co nie ma jeszcze podobnej firmy, z której mógłby skorzystać nasz pan Chrząkalski. Do tej pory działały tylko serwisy, zapewniające alibi na wypadek zdrady. Za niewielkie pieniądze (od 35 do ok. 100 zł) zapewniają sfabrykowane esemesy lub rozmowy telefoniczne, które potwierdzają, że niewierny małżonek ciężko pracował, zamiast bzykać się z ponętną asystentką. Ale od dziś nawet on nie może czuć się bezpiecznie – w końcu asystentka może być ciężko pracującą „Splitter-upperką” na usługach żony.
Gość
Komentarze (16)
otwieraj nie wszyscy sa tacy ze beda zdradzac... :P