2010-08-06, 07:11 | Pieniądze + styl życia
Russell Brand odkrywa Amerykę
Gra nieznośnych narcyzów (Forgetting Sara Marshall, Get Him to the Greek), podstępnych naukowców (Despicable Me), a nawet Króliczka Wielkanocnego (Hop). Teraz ciężko pracuje na planie remake’u komedii Arthur, w którym występuje obok samej Helen Mirren. To amerykańskie pięć minut 35-letniego komika i aktora. Ale z jego życiowego C.V. wynika, że mógłby tam zostać co najmniej kwadrans.
Marihuana, amfetamina, LSD, kokaina, heroina, ecstasy, whisky, wódka – to nie lista zakupowa Lindsay Lohan, ale spis używek, którymi ubarwiał sobie wczesną młodość nastoletni Brand. Do tego dochodziła bulimia, depresja i ogólne nieprzystosowanie społeczne. Wszystkiemu winne było, oczywiście, trudne dzieciństwo. Matka Branda chorowała przewlekle na raka. Ojciec, fotograf, po tym jak rozwiódł się z panią Brand, gdy Russell miał sześć miesięcy, pojawiał się w jego życiu dwa razy do roku – zwykle po to, żeby zabrać syna na dziwki. Mało kto ufał, że chłopiec wyjdzie na ludzi. Światełko w tunelu pojawiło się, gdy wszedł na scenę – zagrał Grubego Sama w szkolnej inscenizacji Bugsy Malone’a. Drugoplanowa rola przyniosła mu stypendium w szkole Italia Conti Academy. Nie wytrwał tam nawet roku, bo wyrzucono go z powodu uzależnienia od narkotyków. Wziął się jednak w garść i cztery lata później był już studentem Drama Centre w Londynie.
Patykowate nogi odziane w obcisłe jeansy, buty z czubem, krzak na głowie, gęsty zarost i grizzly straszący z dekoltu głębokiego do pępka – jak wyglądał Russell Brand wcześniej, nie wiadomo. Świat zna go tylko w takim wcieleniu. Ostatnio, gdy przyszedł na plan Arthura gładko ogolony i z porządnie przyciętymi włosami, połowa ekipy go nie poznała. Nie mówiąc o paparazzich, którzy nie pofatygowali się nawet, by zrobić mu jedno zdjęcie. Image lekko zapuszczonego luzaka zapewnił mu rzesze fanów, gdy Brand zaczął prowadzić swój program w MTV. Wyleciał 12 września 2001 roku, gdy dzień po ataku na World Trade Center, przyszedł do studia przebrany za Osamę bin Ladena, w towarzystwie swojego dealera narkotyków.
Dowcip nie dla wszystkich okazał się nieśmieszny i wkrótce dowcipniś był gwiazdą wśród stand-up comedians, prowadził brytyjską wersję Big Brothera, na kanale Channel 4 dostał własny program The Russell Brand Show, który w 2006 roku przeniósł się do radia. Wytrzymał grzecznie przez dwa lata, po czym nadszedł rok 2008, w którym Brand poleciał po bandzie do tego stopnia, że grożono mu śmiercią.
Zaczęło się od prowadzenia gali MTV Video Music Awards. Najpierw nazwał Britney Spears damską wersją Chrystusa, a potem zaczął robić sobie jaja z obrączek czystości członków zespołu Jonas Brothers. I to właśnie te żarty (za które zresztą przeprosił) naraziły go na poważne groźby ze strony nastoletnich fanek braci Jonas (w łagodniejszych listach sugerowano wypatroszenie lub pozbawienie intymnych części ciała). Rok później komik znów dostał jednak tę robotę, gdy okazało się, że show obejrzało aż 20 procent więcej widzów niż w latach poprzednich. Znacznie gorzej poszło mu z dyrekcją radia, która wywaliła go na zbitą twarz po skandalu, który wywołał wspólnie z kolegą Jonathanem Rossem. Panowie chcieli przeprowadzić wywiad telefoniczny z aktorem Andrew Sachsem (słynnym Manuelem z Hotelu Zacisze). Nie dodzwonili się jednak, więc zostawili koledze na sekretarce cztery soczyste wiadomości, w tym wyznanie o pozycjach, w jakich Brand uprawiał seks z jego wnuczką. Taki żart był zbyt dużym wyzwaniem nawet dla brytyjskiego poczucia humoru. Russell odszedł bez sowitej odprawy (fakt, że na BBC nałożono 150 tys. funtów kary za wyemitowanie odcinka nieco usprawiedliwia stację), stwierdził, że cała sytuacja jest zabawna i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie nie tylko znalazł nowy sposób na karierę, ale i miłość.
Jego wybranką została barwna i ekscentryczna piosenkarka Katy Perry, która ostatnio, po romantycznych oświadczynach pod Taj Mahal, zgodziła się zostać panią Brand. Z tej okazji Russell się ogolił, a panna Perry ćwiczy na siłowni pięć razy w tygodniu, by godnie wyglądać podczas zaślubin. Szykuje się kolejny show z Brandem w roli głównej, a tabloidy już trenują wstrzymywanie oddechu.
Mimo skandali, a pewnie właśnie dzięki nim, kariera Brytyjczyka rozwija się w imponującym tempie. Trudno mówić, by Brand był już VIPem na miarę Borata, czy nawet księżniczki Victorii Beckham, ale uparcie pracuje, by wejść do pierwszej ligi celebrytów. Po L.A. jeździ czarnym Lamborghini, dał sobie zrobić woskowego klona w muzeum Madame Tussaud i coraz śmielej chwali się działalnością charytatywną na rzecz trudnych nastolatków (sam jest nie używa, podobno, narkotyków od ponad 7 lat). Rola w Arthurze ma być wielkim przełomem w jego karierze zawodowej. Z błazna ma się stać prawdziwym, utalentowanym aktorem. Pytanie tylko, czy wówczas będzie jeszcze Amerykanom do czegoś potrzebny.
Gość
Komentarze (12)
ideał mój ;]