2010-08-23, 07:11 | Po prostu życie
Sportowy przegląd moich myśli
Bardzo żałuję, że nie ma w tym roku Igrzysk Olimpijskich a Mistrzostwa Świata w tzw. “piłce kopanej” już się skończyły. Jak to miło jest popatrzeć na innych, którym coś z tym skórzanym przedmiotem pożądania wychodzi, kiedy zdobywają w pocie czoła medale, kiedy się cieszą z odniesionego sukcesu. Niestety. W kraju nad Wisłą od przełomu lipca i sierpnia człowiek jest zdany na sobotnio-środowe hiobowe wieści ze stadionów. A zatem będzie o piłce. Nożnej.
O ile w zeszłym roku nasze białe orły klubowych klęsk w europejskich rozgrywkach pucharowych (ach ta Levadia Tallin) upatrywały w pechu, kontuzjach, złym losowaniu oraz – o czym głośno nikt nie mówił – krzywej murawie opadającej w stronę naszego pola karnego, to obecnie odpowiedzialności nie można zrzucić na nikogo. Jak jeden mąż dostało się nam od takich potęg jak Austria, Azerbejdżan, Czechy i Grecja. Połowa narodu dowiedziała się, gdzie leży Górny Karabach, ale coś mi się wydaje, że nie przełoży się to na wzrost wyjazdów turystycznych w tamten region.
Trochę optymizmu ale też poprawę humoru - przede wszystkim - miał przynieść pojedynek reprezentacji z Kamerunem. Nieposkromione Lwy przegrały wszystkie mecze na mundialu w RPA, przyjechały bez trenera, piłkarze dopiero po urlopach, więc w Szczecinie miało być miło, łatwo i przyjemnie. No i się skończyło 0:3 w plecy. Poza tym nasi nie strzelili od kilkuset minut gola. To stan na sierpień 2010. Dobra, nie będę kopać leżącego.
Suma summarum, czy można się dziwić porażkom skoro polski piłkarz nie jest piłkarzem ukształtowanym a jedynie półproduktem, żeby nie rzec zaczynem? Czy można się dziwić nieporadności w rozegraniu piłki, przyjęciu, odegraniu, zwinności i szybkości, kiedy nasi ligowcy i “stranieri” nie zostali właściwe wyszkoleni za młodu? Z pustego i Salomon nie naleje, tak krawiec kraje jak mu materii staje, czym skorupka za młodu nasiąknie – powiedzenia można mnożyć; nie zmieni to jednego. Poziomu gry.
Degrengolada futbolu nad Wisłą trwa od 24 lat (dokładnie od MŚ w Meksyku, na których ostatni raz wyszliśmy z grupy prezentując jako taką grę). Sporadyczne pucharowe sukcesy Legii, Widzewa, Wisły i Lecha są efemerydą wobec marazmu polskiego futbolu. Tak naprawdę od upadku komunizmu z naszą piłką jest jak ze starą cytryną. Wyciskamy z niej coraz mniej soku, rozkoszujemy się każdą kropelką, klecimy na każdą imprezę zespół “na styk” bez wartościowych zmienników. Aż doszliśmy do roku 2010, kiedy z cytryny wycisnąć się więcej nie da. Trzeba zasadzić nową, aby wydała nowe owoce. To podobno następuje po 20 latach. Tylko trzeba o nią dbać.
Zapytacie, co można zrobić w obecnej sytuacji, jak złu zaradzić? Czy zastosować terapię wstrząsową? Ale na czym ona miałaby polegać? Zawodników Wisły wysłać do pracy przy kablach w Telefonice? Obniżyć za karę pensje w ramach “urawniłowki”? Płacić tylko po uprzedniej ocenie za występ? Czy dla spokoju serc naszych kibiców dobrowolnie zrezygnować z udziału w europejskich rozgrywkach pucharowych na kilka lat?
Ja mam inną propozycję. Patrząc na grę Polaków tak w reprezentacji, jak w klubach polskich i zagranicznych ma się wrażenie, że oczekiwania trzeba mocno, ale to bardzo mocno obniżyć. Nie można wymagać cudów od kogoś, kto nie posiada elementarnego wyszkolenia. Przez kolejnych 20 lat - akurat żeby cytryna zaowocowała - nie osiągniemy poziomu Niemiec, Holandii, Francji o Hiszpanii nie wspomnę. Cieszmy się zwycięstwami nad zespołami, do niedawna postrzeganymi przez włodarzy polskiej piłki jako te z dolnej półki. Przecież na tej półce właśnie się znajdujemy. Ogrywajmy San Marino, Luksemburg, kraje kaukaskie a potem stańmy w szranki z braćmi Czechami.
Bierzmy przykład z Węgrów. Oni nie mitologizują drużyny Bozsisa, Kocsisa, Hidekutiego, Puskasa z lat 50. XX wieku. Nie rozpaczają nad niepowodzeniami drużyny narodowej, która od 24 lat nie zagrała w wielkiej imprezie. Madziarzy znają swoje miejsce w szeregu i małymi krokami zmieniają własne piłkarskie podwórko – kilka sezonów temu wprowadzili do Champions League drużynę. A my się dobijamy o nią od 1996 roku.
Zacznijmy pracę od podstaw, twórzmy w każdej gminie boiska, szkolmy dzieciaki już w wieku przedszkolnym, zatrudniajmy trenerów z zagranicy, przenośmy wzorce z Francji, Niemiec do nas. Może wtedy doczekamy się remisu z Turcją, która nota bene od 1993 jest na fali wznoszącej. Wystarczyło wówczas w Istambule pokonać 2:1 reprezentację mającą lata świetności za sobą. Tą drużyną była Polska.
Inaczej pozostaje wiara w cuda. Ale te zdarzają się na przekór oczekiwaniom.
Gość
Komentarze (25)
Oczywiscie ze 1986 roku wyszlismy z grupy. Kosztem Portugalii awansowała Anglia, Maroko i Polska. A potem o awans do 1/8 przegralismy 0:4 z Brazylia. Wszystko sie zgadza.
Krok drugi - zmniejszyć tzw. Extraklesę