2010-09-01, 07:22 | Pieniądze + styl życia
Ile kosztują polskie filmy?
Na te pierwsze nie ma co żałować pieniędzy, bo jak powiada mistrz Wajda – szkoły zawsze przyjdą, te drugie zaś muszą walczyć o budżety, żeby jakoś wyjść na swoje. To znaczy - przyciągnąć do kin publiczność liczoną w milionach. To się do tej pory udało jednemu tylko filmowi wyprodukowanemu w ostatnich dziesięciu latach, a nie opowiadającemu o jakichś rzeziach z przeszłości. Mówię tu oczywiście o filmie „Lejdis”, na którym nie byłem i nigdy nie pójdę, ponieważ oglądanie takich widowisk ubliża mojej inteligencji.
Ten ostatni film jest dowodem na to, że nieważne co się kręci, ważne żeby zrobić dobrą promocję. Film „Lejdis” promowany był jako komedia romantyczna i pewnie czymś takim jest on w istocie. Nie mam przekonania do komedii romantycznych, ponieważ uważam, że ich czas już dawno się skończył i już nigdy nie powróci. To znaczy nie powróci w Hollywood, bo teraz przez najbliższe dwadzieścia lat – chyba, że trafi się jakaś wojna – kinematografie Polski, Rumunii, Ukrainy i Rosji kręcić będą na wyścigi różne głupawe historie z miłością w tle i seksem na wierzchu. Kinematografia czeska jak zwykle nie ulegnie wpływom i będą bracia Czesi robić swoje, tak jak robili do tej pory, ale reszta się ugnie łudząc się, że to właśnie jest sposób na zarobienie dużych pieniędzy.
Film „Lejdis” przyciągnął do kin 2,5 miliona widzów. To dobra wiadomość dla producentów, którzy weń zainwestowali. Nie ma jednak dobrych wiadomości dla tych, którzy chcieli sukces powtórzyć, bo już się to nie udało z filmami takimi, jak „To nie tak jak myślisz kotku” czy „Idealny facet dla mojej dziewczyny”.
Sukces nie przyszedł, bo sukces nie jest rzeczą łatwą i nie wystarczy małpować obce wzory, żeby go osiągnąć. Mimo to komedie romantyczne są filmami, które w Polsce robią kasę. „Idealnego faceta” obejrzało raptem 700 tysięcy widzów i była to klęska, ale nie jest to istotne, wobec 400 tysięcy widzów, które wybrały się na obraz pod tytułem „Wojna polsko-ruska”. Film lansowany był jako dzieło ambitne według nowej, polskiej prozy, zagrał w nim aktor uznawany za wybitnego, czyli Borys Szyc, wszystkie gazety, które mają jakieś tam aspiracje, lansowały ten film jako skończone arcydzieło. I co? I nic. Film, na który przychodzi niecałe pół miliona ludzi, robi klapę. Takiego filmu nie ma i nie ma także pieniędzy, które się weń zainwestowało. To klęska.
Świadomi tej klęski producenci długo nie wezmą do ręki żadnego scenariusza, który napisany będzie według jakiejś super-rewelacyjnej książki autora z młodego pokolenia. Dla facetów inwestujących w filmy wyłożenie pieniędzy na coś takiego będzie po prostu oznaczało klapę.
Film, który ma w Polsce zarobić pieniądze, nie powinien kosztować więcej niż 4 miliony złotych. Przy cenie biletu około 15 złotych może się zdarzyć, że film osiągnie sukces i producent zarobi. Niestety, w przypadku „Wojny polsko-ruskiej” tak się nie stało.
Nie stało się tak także w przypadku wielu innych filmów, których budżety przekraczały znacznie owe magiczne 4 miliony, które wydano na film według prozy Masłowskiej. Historia zaś tych produkcji jest tyleż żenująca, co ponura. Na przykład na film „Quo vadis” kosztował ponad 76 milionów, a nie zarobił prawie nic. Wypędzenie nań uczniów ze szkół i żołnierzy z jednostek wojskowych nic nie pomogło. To koszmarna kwota, która – śmiało można to powiedzieć - została wyrzucona w błoto.
Nie inaczej było z filmem „Ogniem i mieczem” za 29 milionów. Film ten miał wszelkie dane na to by zrobić kasę, reżyser uparł się jednak, by ponurą historię buntu i zagłady zamienić w western z ruskim aktorem w roli głównej. Pomysł wyszedł średnio i średnio się podobał. Nie zrobiło to jednak takiej klapy jak „Quo vadis”.
Lansowany jako pierwszy polski film fantasy „Wiedźmin” był czymś tak przerażającym, że ponoć autor książki, według której nakręcono dzieło, Andrzej Sapkowski, chciał ze wstydu emigrować, kiedy zobaczył gotowe dzieło. „Wiedźmin” kosztował prawie 19 milionów złotych. To co można było zobaczyć na ekranie wyglądało, jakby skręciły to dzieciaki przy trzepaku ujarane czymś z wesołego sklepiku. Dlaczego ta prosta produkcja pochłonęła takie pieniądze, nie wie do dzisiaj nikt.
Wspominany już „Idealny facet dla mojej dziewczyny” kosztował nieco mniej niż 7 milionów złotych, a taka na przykład „Stara baśń” - koszmarek nad koszmarki - aż 10 milionów. Żaden z tych filmów się nie zwrócił. Wszystkie zrobiły klapę, ale co to znaczy wobec budżetów podzielonych między uczestników tych fascynujących przedsięwzięć? Nic.
Od roku 2005 filmy w Polsce finansowane są nie tylko przez producentów prywatnych, ale także przez budżet Ministerstwa Kultury, czyli przez powołany wtedy Polski Instytut Sztuki Filmowej. To dobre wyjście, ponieważ Polska staje w rzędzie krajów cywilizowanych, które dotują swoją sztukę, tak by była ona znana za granicą. Nie wiem tylko, czy dotowane przez ów Instytut filmy rzeczywiście dobrze świadczą o tej sztuce. No, ale zakładam, że tak. Instytut inwestuje w produkcję filmów nie tylko znanych reżyserów, ale także debiutantów. To zrozumiałe, bo przecież filmy muszą robić także inni ludzie, a nie tylko Wajda z Zanussim. Póki co ze strategii dostępnej na stronach Instytutu wyczytać możemy, że filmy w Polsce nadal będą powstawać i będą to filmy interesujące, ale już bez takiego rozmachu, jak „Quo vadis” czy „Ogniem i mieczem”, Uważam, że już sam ten fakt jest olbrzymim sukcesem. Obserwujmy więc poczynania polskich filmowców i ich kulturalnego sponsora. Może coś dobrego uda nam się dostrzec.
Gość
Komentarze (37)
Ekranizacje lektur szkolnych moim zdaniem powinny być ustawowo zakazane. Poziom realizacji zazwyczaj jest żenując
Przez ostatnie lata wyszło kilka polskich filmów docenianych za granicą. Nie najmłodsza już "Symetria" jak dla mnie bije na łeb zagraniczne superprodukcje, ostatnio doceniony został "Rewers" a obśmiewane przez świętoszków "Galerianki" to też wcale zła produkcja nie jest. Co prawda tylko kilka dobrych produkcji na dekadę to nie dobry znak ale jednak jakaś nadzieja na przyszłość. Tym bardziej, że oczekujemy na dwa bardzo obiecujące filmy czyli "Bitwa Warszawska 1920" reżyserowany przez Jerzego Hoffmana ze zdjęciami autorstwa nominowanego do oskara Sławomira Idziaka i "Hardkor44" w reżyseri Tomasza Bagińskiego nominowanego do oskara z "Katedrę" - więc jakaś nadzieja jeszcze jest.
Stosując Twoją zasadę czy motto życoiwe...aby mieć swoje zdanie o czymkolwiek należałoby na to iść do kina???
Czyli reasumując każdy film miałby podobną widownię, a producenci tarzali sięw kasie.
Dziwna metoda. W szkole zamiast lektur obowiązkowych powinno się czytać wszystko pokolei?