2010-09-16, 08:01 | Po prostu życie
Jakim jesteś kierowcą?
Według firmy badawczej 80 procent Polaków lubi prowadzić samochód. Aż 87 procent uważa się za kierowców kulturalnych, przewidujących, jeżdżących pewnie i zdecydowanie, a 90 procent mówi o sobie, że są kierowcami rozważnymi.
Dziś przebijałem się przez miasto na motocyklu. Motocykle to osobny temat, bo kierowcy dzielą się też na tych, którzy twierdzą, że należy patrzeć w lusterka i tych, którzy najchętniej motocyklistę zepchnęliby do rowu. W każdym razie z perspektywy motocykla mam wgląd do wnętrza setek mijanych w korku samochodów. Co widzę? Rozmawiających przez komórkę (oczywiście BEZ zestawu głośnomówiącego), gapiących się tępo przed siebie, zajeżdżających sobie nawzajem drogę, kiedy tylko zdarzy się okazja, wpychających się tam, gdzie wszyscy już dawno powinni byli zmienić pas, itd.
Nie twierdzę, że sam jestem idealnym kierowcą. Czasem puszczają mi nerwy i mam ochotę wysiąść z auta, żeby powiedzieć bliźniemu z bitej bety obok parę ciepłych słów, ale też nie mówię o sobie, że jestem „kulturalnym kierowcą WOT”.
Gdzie więc są ci wszyscy kulturalni, pewni i przewidujący kierowcy? Tego niestety nie wiem. Wiem natomiast, że nikt naszych kierowców nie uczy, co to znaczy jeździć pewnie i kulturalnie. Kurs na prawo jazdy kategorii B ogranicza się do 30 godzin teorii i 30 godzin zajęć praktycznych. Teorię, a właściwie kilkaset pytań testowych wykuwa się na pamięć. Z kolei praktyka polega na paleniu sprzęgła na placu manewrowym, a następnie w miejskich korkach. O kulturze osobistej niektórych instruktorów można by napisać doktorat z socjologii.
Jeśli delikwent przypadkowo zaliczy potem egzamin za pierwszym razem, to po paru tygodniach dostaje do ręki dokument uprawniający go do poruszania się po drogach publicznych pojazdem tak szybkim, na ile pozwala zasobność jego portfela. Na szczęście zwykle kończy się na starym oplu, ale świeżo upieczony kursant przeważnie nie potrafi płynnie włączyć się do ruchu (bo nauczono go czekać, aż WSZYSCY przejadą), zmieniać pasa ruchu (bo ma jechać zgodnie z przepisami, więc nie ma potrzeby jechać innym pasem niż prawym), wrzucać piątego biegu (bo przy 50 km/h rzadko kiedy jest taka potrzeba), o zmianie koła, czy dolewaniu płynu do spryskiwaczy nie wspominając. O kulturze jazdy nigdzie nie było mowy, bo kultura objawia się tym, że ktoś nie zwymyślał biednej eLki, która naprawdę nie może przekroczyć dozwolonej prędkości.
A to znaczy, że wszystkiego, co wiemy o płynnym, pewnym i bezpiecznym poruszaniu się po drogach, dowiadujemy się w miarę zyskiwania doświadczenia. Często bardzo złego doświadczenia. Kiedy nie pilnuje nas instruktor czy egzaminator, oparcie fotela odchylamy najchętniej o 45 stopni, nagłośnienie sprawia, że nie słyszymy własnych myśli (a co dopiero innych pojazdów), kiedy ktoś chce skorzystać z luki, dodajemy gazu aby mu to uniemożliwić itd. Bo takie zachowania widzimy naokoło i takie zachowania uważamy za normalne. A skoro coś jest normalne, to znaczy że dobre. Stąd zapewne taka wysoka samoocena.
Na początek wszystkim mniej i bardziej świeżo upieczonym kierowcom polecam parogodzinne szkolenie na płycie poślizgowej i z tzw. trolejami (to te kółka, które wyglądają niczym z wózka na zakupy). Nauczycie się poprawnie reagować na zagrożenia, o których na kursie przygotowującym do prawa jazdy nikt wam nawet nie wspomniał. Zobaczycie też, że 10 km/h robi kolosalną różnicę. A wtedy może przestaniecie wyobrażać sobie, jacy to z was wszystkich świetni kierowcy.
Gość
Komentarze (45)
I na Alasce.
a gdzie mają się nauczyć jazdy po wielkim mieście jak nie właśnie w tymże mieście. Doświadczeni kierowcy powinni wykazać się cierpliwością i kulturą.