2010-11-01, 14:00 | Po prostu życie
Łaska kibica na pstrym koniu jeździ
O tym, że łaska polskiego kibica na pstrym koniu jeździ, wiadomo nie od wczoraj. Nie istnieje w narodzie zakorzenione poczucie wsparcia dla sportowca. Przepraszam – istnieje, ale w okolicznościach sprzyjających, tzn. zwycięstwa, „pudła” na zawodach, minimum pierwszej piątki. Nie daj Boże przez 3 zawody pod rząd nie być w 10-tce a prasa, telewizja, kibice zaczną naszego Orła, Orlicę odsądzać od czci i wiary. Z miejsca pojawią się teorie spiskowe, podejrzenia o zbyt długie i niepotrzebne zgrupowanie, o brak odpowiedniego sprzętu, o brak motywacji, o rozpuszczenie pieniędzmi przez sponsorów. Nawet jeśli sportowiec ma wszystko aby odnosić sukcesy lecz mu się nie wiedzie, opinia publiczna w kraju wie swoje. Ona jest alfą i omegą, wyrocznia w Delfach przy niej to wróżki Cyganki na jarmarku. Miliony Polaków zimową porą doskonale znają przyczyny słabszej dyspozycji skoczka, biegaczki, biathlonisty, panczenistek. Ech, żeby tak jeszcze te miliony uprawiały te sporty...
Sezon zimowy 2010/2011 nie będzie należeć do łatwych. Od dawna polscy sportowcy nie narobili sobie i nam apetytów na zwycięstwa. Trzeba uczciwie przyznać, że po raz pierwszy w historii istnieje realna szansa zrobienia najlepszego wyniku w historii sportów zimowych w Polsce.
Po pierwsze, Adam Małysz, po 10 latach wzlotów i upadków (tych pierwszych zdecydowanie więcej) przestał być lokomotywą, by nie rzec koniem pociągowym skoków narciarskich między Zakopanem a Wisłą. Nasz mistrz w wieku chrystusowym doczekał się małej armii następców. Stoch, Hula, Żyła, Rutkowski (ale ten niepijący), Kubacki - po udanych startach w Letniej Grand Prix dają nadzieję na kontynuację rozwoju tej dyscypliny w Polsce i przejęcie symbolicznej pałeczki po Małyszu. Nie będzie spalonej ziemi jak w przypadku piłki skopanej. Wyrosło pokolenie, które zna swój fach, jest oskakane, obyte ze skoczniami świata, rokujące nadzieje na dobre wyniki. Cel na ten sezon to medal mistrzostw świata. I jest cel do zrealizowania.
Po drugie, Justyna (Polbank) Kowalczyk. Góralka niskopienna będzie znowu walczyć z armią skandynawek z Marit Bjoergen na czele, z armią lekarzy norweskich podobno wykrywających nowe zastępy „chorych” na astmę zawodniczek, z serwisantami, którym się zdrowo oberwie, z trenerem katem, z własnym gardłem nadającym się raczej do przeszczepu niż do użytkowania (skutek licznych infekcji) i brakiem umiejętności jazdy na nartach. Tak, nie macie oczopląsu. Mistrzyni Świata i Olimpijska ma wielkie braki w jeździe na nartach. Patrzeć na nią, gdy jedzie na wąziutkich nartach, stromą, pokręconą trasą równa się wezwaniu karetki. Pani Justyno, wstyd! Proszę o poprawę techniki już w tym sezonie. Zbyt dużo wrażeń nasz naród doświadczył tego roku.
Po trzecie, panczenistki. Zdobycie w Vancouver przez czwórkę kobiet brązowego medalu okrzyknięto mianem cudu. Teraz cudem będzie powtórzenie rezultatu trzeciego miejsca na każdych zawodach w nadchodzącym sezonie.
Łyżwiarstwo szybkie nigdy nie było dyscypliną pieszczoną i docenianą u nas. Ot, zwykła jazda na łyżwach, a komuś się zachciewa jechać szybciej. A niech jedzie, i tak nie ma gdzie trenować. I w zasadzie to myślenie trwa do dziś. Tory w Sanoku, Tomaszowie czy na warszawskich Stegnach nadają się jedynie do jazdy rekreacyjnej, z prostego powodu: nigdzie indzie na świecie nie trenuje się na otwartym stadionie. Wszystkie zawody rangi pucharowej, mistrzowskiej odbywają się w zamkniętych halach. Panuje inna temperatura powierza, inna temperatura lodu, jazda jest łatwiejsza, bo wiatr nie wieje w oczy ani w plecy. Słowem - inna bajka. O takich warunkach, jak w Holandii czy w Norwegii polscy panczeniści i panczenistki mogą pomarzyć. Zatem nie nastawiajmy się na wyniki a raczej na Erwinę Ryś-Ferens w studiu telewizyjnym, prawiącą morały jak to ongiś w latach 80. bywało. Tylko Antoniego Piechniczka brakuje, pasowaliby do siebie.
Reasumując, mamy przed sobą sezon, w którym każdy upadek (dosłownie i w przenośni) polskiego skoczka będzie wytykany palcami i niewybrednie komentowany. Każde obsunięcie narty Kowalczyk, każda porażka z Bjoergen czy Majdic będzie kwitowanie stwierdzeniem typu „Dostała kobieta Mercedesa i milionową gażę z banku i w d.... się przewróciło”. Każde 10, 15, 20 miejsce dziewczyn na łyżwach wywoła uśmiech i politowania i ciche westchnięcie „A nie mówiłem”.
Panie i panowie, życzę wrażeń przed telewizorem, na trybunach. Im, sportowcom życzę zwycięstw, bo po to się wychodzi na śnieg i lód, aby zwyciężać. Nie po jakieś miejsce w 10-tce. To dobre dla mięczaków. Życzę, aby po ich niepowodzeniach nie rządziła nami pusta złość. Nie dajmy się zacietrzewieniu, pazerności i głupocie. Bądźmy realistami i wg realnych możliwości sądźmy, oceniajmy.
A najlepiej to samemu zacząć się ruszać. Proponuję na początek z fotela.
Gość
Komentarze (20)
Dlaczego ktoś ma ją kochać głąbie. Ja np. lubię oglądać sport i jak Polacy odnoszą w nim sukcesy, a reszta mnie nie obchodzi. Ani jej kasa, ani uroda czy kochankowie. Do sąsiada okna też zaglądasz?
To kibicuj innym...
To, że piłkarze grają jak grają to nic nie oznacza. prosze bardzo, oto moje gg:2681482. jesli masz odwagę to napisz.
Ciekawe? czy Bogdan Papiez, Zbigniew Klimowski, Jan Kowal w latach 80, 90 tez tak dobrze skakali ze w kazdych zawodach pucharowych plasowali sie w czolowej 10-tce? Proponuje spradzic w archiwach:)