2009-03-18, 07:09 | Po prostu życie
Agenci zatrudnili ducha?
Terroryści nie chcieli okupu, który proponował im papież Paweł VI, pieniądze ich nie interesowały. Domagali się uwolnienia z więzień swoich towarzyszy. Porwany wprost z ulicy Fani w Rzymie Moro miał być gwarancją ich wolności. Moro został porwany, kiedy jechał na zaprzysiężenie rządu Giulio Andreottiego. Terroryści zmasakrowali ochronę polityka, zabili wszystkich towarzyszących mu policjantów. Przez 55 dni całe Włochy czekały w napięciu na rozwiązanie tej sprawy. Karabinierzy bezskutecznie szukali jakiegoś śladu, dochodzenie zatrzymało się w martwym punkcie. Przez cały czas do prasy dochodziły listy Aldo Moro, które ten pisał nakłaniany przez porywaczy. W sumie Moro napisał około 80 listów. W miarę upływu czasu były one coraz bardziej dramatyczne.
Bezradność policji skłoniła włoskich polityków do tego, by poprosić o pomoc zawodowych spirytystów. Zaaranżowano seans z medium. Wziął w nim udział wielokrotny premier Włoch Romano Prodi. Nie wiadomo, co dokładnie działo się w trakcie trwania seansu. Wiadomo tylko, że Prodi przekazał policjantom jedno słowo, które usłyszał z ust medium: Gradoli. Karabinierzy rozpoczęli więc dokładne przeszukiwanie małego, położonego pod Rzymem miasteczka Gradoli.
9 maja 1978 roku, w furgonetce zaparkowanej w centrum Rzymu odnaleziono ciało zamordowanego kilka godzin wcześniej Aldo Moro. Jak się okazało, polityk był przetrzymywany w małej willi przy ulicy Gradoli w Rzymie. Ludzie, którzy znają specyfikę działania służb, do dziś uśmiechają się drwiąco na wspomnienie tego, co zostało zaaranżowane w czasie seansu spirytystycznego i w jaki sposób zachował się Prodi. Nikt nie potraktował poważnie całej tej hucpy. Nikt jednak nie odważył się ujawnić ani jednego szczegółu z akcji, która miała doprowadzić do uwolnienia Aldo Moro, a zakończyła się jego śmiercią.
Gość