2009-04-10, 08:09 | Margines
Proroctwa niespełnione
Oto pod koniec lat siedemdziesiątych Telewizja Polska rozpoczęła emisję serialu wyprodukowanego w Wielkiej Brytanii, który nosił wiele mówiący tytuł Kosmos 1999. W roku 1977, kiedy zaczęto emitować ten serial wszyscy, którzy chodzili do szkół podstawowych i ponadpodstawowych, a także ci dorośli, którzy prenumerowali pismo Młody Technik wierzyli mocno, że postęp jest nie do zatrzymania i w roku 1999, który wydawał się przyszłością odległą i mglistą, wszystko będzie wyglądało podobnie do serialowych wizji. W serialu chodziło o to, że księżyc został wyrwany z orbity Ziemi i pomknął w kosmos. Na srebrnym globie znajdowała się baza astronautów Alpha, a w niej załoga złożona z dzielnych i śmiałych ludzi, którym niestraszne były takie przygody, jak wyrwanie się z orbity macierzystej planety.
Czegóż w tym filmie nie było; osobiste pistolety laserowe, pojazdy do poruszania się po księżycu, kobieta, która mogła przybierać dowolną postać, tak ludzką, jak i zwierzęcą. Cuda i cudeńka. Ludzie z bazy, którym przewodził komandor Koenig, zmagali się z istotami zamieniającymi się w drzewa, z takimi, które mogły przybrać postać płomienia, a także przenosili się w przeszłość – ziemską oczywiście. Trwało to dwa sezony i były przyjemną i pełną inwencji rozrywką w porównaniu z takim serialem, jak The Lost.
Niestety, rok 1999 w niczym nie przypominał tego, co pokazywano w serialu, by po prostu zwykłym rokiem. Nawet kometa się wtedy nie pojawiła. Jedno tylko znaczące wydarzenie można odnotować w roku 1999. Zmarł wtedy Stanley Kubrick, jeden z największych geniuszy kina, który w roku 1968 zrobił film Odyseja kosmiczna 2001. Film ten, prosty w odbiorze i niezwykle oszczędny w środkach wyrazu, próbował wyjaśnić Ziemianom, że ich życie i plany na małej planecie w Układzie Słonecznym niekoniecznie muszą zależeć od nich. One nie muszą nawet zależeć od wymyślonych na ziemi robotów i komputerów. Może mieć na nie wpływ coś lub ktoś, kogo ziemskim umysłem nie można ogarnąć. Ktoś, kto nie jest ani kosmitą, ani bogiem ani tym bardziej człowiekiem. Swoją drogą – dziwne dziś wydaje się, że według Kubricka komputer pokładowy statku kosmicznego miał mieć w 2001 roku wielkość trzydrzwiowej szafy z przystawką. Futurolodzy bowiem, nawet wybitni, mieli zawsze deficyty wyobraźni w sprawach najprostszych i najbardziej oczywistych. Ciekawe, czy dziś także tak jest?
Nie tylko kinematografie zagraniczne miały osiągnięcia w dziedzinie prorokowania. W Polsce także przecież mieliśmy futurologów pełną gębą. Jedni z nich byli futurologami zgrywusami i robili komercję, a inni próbowali tworzyć wizje takie, że ciarki człowiekowi chodziły po nogach. Zacznijmy od tych pierwszych: film Seksmisja, który był przez polską telewizję emitowany częściej niż Kevin sam w domu. Przyszłość jest tam jasna i niekłopotliwa – rządzą kobiety i tylko one zasługują na miano ludzi. Faceci wymarli, bo byli gatunkiem niższym, mniej doskonałym, pośrednim ogniwem cywilizacji. Dwaj podróżnicy z przeszłości trafiają do tego piekła męskich szowinistów i usiłują się tam jakoś urządzić. Wizja Juliusza Machulskiego jest sympatyczna, przyjemna i swojska. Przyszłość może z pozoru wygląda tragicznie, ale da się tam żyć. Poza tym dwóch facetów zawsze poradzi sobie w każdych okolicznościach, nawet z całą planetą babek, które nigdy chłopa nie miały. Każdy, kto oglądał ten film w latach osiemdziesiątych, uśmiechał się pod nosem na taką wizję przyszłości. Była ona o niebo lepsza od tego, co mógł oglądać na ulicach. Nie wiem, czy widzowie liczyli się z tym, że przepowiednie z Seksmisji kiedyś się spełnią, a nawet jeśli, to i tak zapewne chcieli być tymi facetami, którzy uchowają się w morzu piersiastych i pięknoudych kobiet.
Były także wizje ponure. W latach osiemdziesiątych Piotr Szulkin nakręcił dwa poruszające filmy o tym, co się stanie z nami za kilkadziesiąt lat. Obrazy nazywały się Obi-oba koniec cywilizacji i Ga-ga chwała bohaterom. Oba filmy nakręcono przy użyciu tego, co było pod ręką. Dekoracje były jak najbardziej naturalne – rozwalające się mury i ponure ulice Łodzi oraz Śląska świetnie nadawały się do tego, żeby powiedzieć ludziom, że oto zbliża się ostateczne. Nie ma tych filmach krzty naturalnego światła, wszystko co widać oświetlone jest blaskiem sodówek i wygląda, jakby przed chwilą wyniesione zostało z trupiarni. Ludziom obcina się palce i wkłada w hot-dogi, bohaterowie mają tydzień na wesołą zabawę z dziwkami, a potem wbija się ich na pal ku uciesze telewidzów, bo wszystko jest transmitowane i telewizor jest w każdym domu. W sklepach tej Nibylandii także wszystko jest, ale jakieś takie badziewne i do niczego. Za każdym łażą kapusie, a policja może wejść do każdego domu o każdej porze.
Filmy Szulkina nie cieszyły się powodzeniem publiczności. Facet łażący po brudnych ulicach w rozmiękłym śniegu nie był bohaterem, którego widz chciał oglądać w latach osiemdziesiątych. Powód był prosty – filmy Szulkina nie były żadną futurologią. One opisywały to, co widać było za oknem i robiły to raczej bez upiększeń. Były to wizje teraźniejszości, która przedstawiona została przy pomocy metafor bardzo czytelnych i jasnych. Tak czytelnych, że dla widza w tamtym czasie wprost nie do uwierzenia. Bo czy ktoś mógł wtedy traktować poważnie opowieści o tym, że telewizja może dogadać się z najeźdźcami z Marsa i emitować relacje z inwazji na Ziemię po to, by zgarniać kasę z reklam? Sami powiedzcie. Dziś ten film musiałby być nakręcony w konwencji burleski, bo inaczej by się nie dało. Telewizja dogadałaby się nawet z samym diabłem, byle zdobyć trochę kasy za transmisję z piekła. Marsjanie to cienkie bolki i musieliby czekać w kolejce na audiencję u przewodniczącego KRRiT oraz prezesa TVP.
Gość
Komentarze (9)
zhcialem wyslac linka-
zostal uznany za spam.
Obejzyjcie sobie na, you tube filmik Wezwanie do przebudzenia
Chciałbym znaleźć 2 kolejne części. Całą sagę napisał autor scenariuszy do 2001 i 2010 (książki powstawały jednocześnie z filmami. Ciekawe czy ktoś odważy się zekranizować pozostałe) Arthur Clarke. Pozostałe części to Odyseja Kosmiczna 2061 i 3001: Finał.